Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różności. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 lutego 2022

Najlepsze książki 2021 :)

Ja wiem, że połowa lutego to zdecydowanie za późny okres na tego typu zestawienie, aczkolwiek stwierdziłam że skoro co roku wstawiam Wam ten ranking na bloga, tak też szkoda by było zaprzepaścić te tradycję przez to, że trochę zaspałam. Z opóźnieniem, ale ważne że jest, przed Wami ranking najlepszych książek przeczytanych przeze mnie w 2021 roku. :)

 

Udostępnij

środa, 24 marca 2021

Book Haul - 16 nowych książek! + bookstagram

Pod koniec stycznia pokazywałam Wam sporą paczkę z książkami, które zamówiłam (jeśli nie widzieliście to odsyłam tutaj) i z tego co widzę to post Wam się spodobał, dlatego też korzystając z okazji, że w ostatnim czasie przybyło do mnie trochę nowych książek, postanowiłam Wam je pokazać. :) Jeśli jesteście ciekawi co takiego udało mi się upolować i o jakie tytuły wzbogaciła się moja biblioteczka to serdecznie zapraszam do rozwinięcia. :)

Udostępnij

piątek, 12 marca 2021

Co mnie wkurza w młodzieżówkach

 Cześć i czołem :)

Dzisiaj chciałabym sobie troszeczkę z Wami porozmawiać. Na blogu przyda się mała przerwa we wrzucaniu recenzji, a poza tym pomysł na ten post chodził mi po głowie już jakiś czas, więc ruszyłam tyłek i zabrałam się za pisanie. Dziś na tapet bierzemy młodzieżówki, z którymi chyba każdy czytelnik mniej, lub bardziej doświadczony pewnie nie raz, nie dwa się zetknął. Mam wrażenie, że książki młodzieżowe należą do tego gatunku, który zawsze będzie w modzie. O ile nie każdy czyta reportaże, romanse, czy też kryminały, o tyle z moich obserwacji wynika, że książki skierowane dla nastolatków cieszą się niegasnącą popularnością nie tylko w grupie wiekowej, do której są skierowane, ale także wśród dorosłych czytelników.

Udostępnij

piątek, 12 lutego 2021

Nieoczywiste książki na Walentynki :)

Dzień Zakochanych zbliża się wielkimi krokami, dlatego też przychodzę do Was z propozycją kilku książek, które mogą umilić Wam czas w trakcie 14 lutego. :) Nie chciałam Wam pokazywać kolejnych romansów, czy też powieści, w których wątek miłosny odgrywa bardzo ważną rolę, bo wydaje mi się, że mnóstwo osób właśnie na tego typu pozycjach się skupiało, więc po pewnym czasie historie typowo miłosne mogą się po prostu znudzić. Z tego powodu wybrałam dosyć nietypowe książki, ponieważ nie skupiają się one głównie na romansie (chociaż tego typu wątki również się w nich pojawiają), przecież miłość możemy odczuwać zarówno do partnera, ale także do rodziny, przyjaciół. Mam nadzieję, że moje propozycje przypadną Wam do gustu. No to co? Lecimy! :)

Udostępnij

piątek, 29 stycznia 2021

Największe zamówienie w moim życiu! [16 książek na raz] :)

Długo się zastanawiałam, czy w ogóle pisać ten post, ale stwierdziłam że ostatni book haul pojawił się na tym blogu... ze trzy lata temu? :D Z tego też powodu stwierdziłam, że chciałabym pokazać Wam moje najnowsze, ogromne zamówienie, w którego skład wchodzi aż 16 książek! Nigdy w życiu nie kupiłam aż tylu pozycji na raz więc czuję się bardzo podekscytowana na myśl o otwieraniu tej paczki. To był bardzo spontaniczny zakup, bo przez przypadek trafiłam na promocję w księgarni dadada i gdy tylko zobaczyłam, że książki można dorwać już za niecałe 4 zł (!), a niektóre z nich miałam w planach od kilka lat, to nie wahałam się zbyt długo. :)

Udostępnij

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Cele i postanowienia na 2021 rok :)

Nie robię postanowień noworocznych. Niczego nie planuję, bo z doświadczenia wiem, że i tak raczej nic nie wyjdzie z moich planów. Kiedyś jeszcze zdarzało mi się tworzyć jakieś listy rzeczy do zrobienia, czy nawet mini postanowienia na Nowy Rok, ale dawno od tego odeszłam. W tym roku nic nie wskazywało na to, że coś w tej kwestii się zmieni... Jednak stwierdziłam, że może taka lista postanowień da mi większą motywacje do realizowania celów, które bardzo chciałabym spełnić. Dlatego też powstała ta lista. Niektóre z tych rzeczy są mniej, inne bardziej istotne, jedne traktuję trochę z przymrużeniem oka, inne całkowicie na poważnie. Piszę tę listę mając w głowie to, że strasznie miło by było usiąść przed laptopem 1 stycznia 2022 roku i sprawdzić czy cokolwiek z listy udało mi się przez ten rok zrealizować. Mam nadzieję, że uda mi się wykonać te cele chociażby w 25 procentach i czytając te postanowienia za rok będę zadowolona i dumna z siebie, że udało mi się zrealizować chociaż cześć z nich.

Udostępnij

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Najlepsze książki 2020 roku :)

O moich największych książkowych rozczarowaniach już pisałam, więc teraz przyszedł czas na coś pozytywnego, tym bardziej że w najbliższym czasie pojawi się kilka niezbyt pochlebnych opinii odnośnie paru książek, więc taki przerywnik w postaci rankingu najlepszych książek ubiegłego roku, będzie bardzo dobrą odskocznią od tych wszystkich negatywów i rozczarowań. :) 

Udostępnij

środa, 6 stycznia 2021

Największe rozczarowania 2020 roku :/

 Cześć i czołem! :)

Przypuszczam, że nie jestem jedyną osobą, której ten rok minął błyskawicznie. Po części stało się tak za sprawą ślubu, który brałam w sierpniu (dwa miesiące przed ślubem minęły mi strasznie szybko), po części za sprawą tego cholernego wirusa, którego już wszyscy mamy dosyć. Nie da się ukryć, że 2020 rok pozostanie w naszej pamięci na bardzo długi czas i w sumie to cieszę się, że już się kończy i mam nadzieję, że 2021 będzie dużo lepszym rokiem. Dzisiaj chciałabym Wam troszkę poopowiadać o książkach, które najbardziej mnie rozczarowały i po których spodziewałam się zdecydowanie więcej. Jeśli jesteście ciekawi, to zapraszam do dalszej części tego wpisu. :)

Udostępnij

piątek, 11 grudnia 2020

Ślub i wesele w czasach koronawirusa | Moja historia i ... ślubne wpadki :D

Dzisiejszy post będzie zupełnie nie w stylu bloga, ale postanowiłam że podzielę się z Wami pewnymi informacjami, które być może komuś się przydadzą. Od 29 sierpnia 2020 roku jestem mężatką. Pierwotnie ślub mieliśmy brać 6 czerwca, ale z racji wprowadzonych ograniczeń, zostaliśmy zmuszeni do przeniesienia daty (byliśmy w szoku, że zarówno sala, zespół, fotograf i kamerzysta mieli wolny termin zaledwie 2,5 miesiąca później, bo ja osobiście nie spodziewałam się tego, że uda się nam przenieść całą uroczystość na tak bliski termin).

Zaproszenia

Zaproszenia rozdawaliśmy w marcu i kwietniu. Były to zaproszenia z datą czerwcową, bo mieliśmy nadzieję (jak każdy chyba), że koronawirus do czerwca będzie tylko niemiłym wspomnieniem. Niestety rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Zaprosiliśmy 170 osób, a w maju obowiązywał jeszcze limit do 50 gości, więc z początkiem maja zdecydowaliśmy o zmianie terminu. Zadzwoniliśmy do wszystkich usługodawców i o dziwo ustaliliśmy kolejny, bardzo przystępny dla nas termin. Nie drukowaliśmy nowych zaproszeń, bo uznaliśmy to za zbędny wydatek i telefonicznie dzwoniliśmy do gości z informacja o zmianie daty. Tydzień przed pierwotnie planowanym weselem okazało się, że ograniczenia zostaną zniesione akurat 6 czerwca i będzie możliwość organizacji wesela do 150 osób, ale to było już za późno na kolejne zmiany i powrót do pierwotnego terminu. 

Liczba gości

Mamy takie szczęście, że zarówno ja jak i mąż mieszkaliśmy w zielonych strefach, a nasz lokal również znajduje się w strefie zielonej tak więc mogliśmy spokojnie zrobić wesele na 150 osób. Ze 170 zaproszonych, finalnie mieliśmy 88 gości. 

Zabawa

Szczerze powiedziawszy w ogóle nie odczuliśmy, że nasze wesele było w pewien sposób ograniczone. Goście bawili się świetnie, my zresztą też. Każdy tańczył z każdym, ludzie się śmiali, pili, bawili... Ostatni goście wyszli jakoś około 6 rano, a my wróciliśmy do domu około 7. Mieliśmy mieć zapewniony pokój obok sali, ale stwierdziliśmy, że jedziemy do domu, a że mieliśmy jakieś 8 kilometrów to był to rzut beretem i nie trzeba było długo jechać.

Wpadki

Oczywiście nie obyło się bez wpadek, ale wydaje mi się, że nie ma wesel, na których wszystko szłoby według ściśle określonego planu. U nas zaliczyliśmy małą wpadkę już na początku. Po dotarciu do kościoła, razem ze świadkami poszliśmy do zakrystii aby podpisać dokumenty. Po chwili przybiegła do nas moja mama i pyta się mnie i mojej świadkowej gdzie mamy bukiety... A bukiety leżały sobie na komodzie w domu, gdzie zostały specjalnie położone tak aby były na widoku i aby ich nie zapomnieć. :D Druga wpadka przytrafiła nam się podczas wychodzenia z kościoła. Przed mszą umówiliśmy się z kamerzystą, że będziemy wychodzić bardzo wolno, żeby zdążył zrobić parę ujęć dronem i potem szybko przerzucić się na kamerę. Oczywiście wyszliśmy za szybko i nie mieliśmy nagranego wyjścia z kościoła. Potem wracaliśmy żeby je dograć... Ale grunt, że finalnie na nagraniu jest wszystko ładnie zmontowane i jakby ktoś nie wiedział, że robiliśmy dogrywkę wyjścia, to nawet by się nie skapnął. :D Kolejna wpadka dotyczyła już zabawy. Otóż nie ustaliliśmy z zespołem jakie zabawy chcielibyśmy na oczepinach. Co prawda muzyka pytała nas czy mamy jakieś konkretne życzenia, ale stwierdziliśmy, że pójdziemy na żywioł i damy im wolną rękę. Niestety pierwsza połowa zabawy niezbyt nam się podobała, ale to była po części nasza wina, bo niczego konkretnego nie ustaliliśmy.

Moje rady

Po pierwsze - nie stresujcie się! Ja osobiście nie byłam jakoś bardzo zestresowana, starałam się podejść do tego wszystkiego na luzie. Największym stresem było dla mnie wygłoszenie przysięgi (bałam się, że... zacznę się śmiać - bo mam tendencję do śmiania się w najmniej odpowiednich momentach). Równie stresujący był pierwszy taniec, bo bałam się, że podeptam męża, albo co gorsza poślizgnę się i upadnę. Mieliśmy plan żeby wynająć ciężki dym, żeby zasłonił nam nogi, przez co nie widać byłoby że się depczemy albo mylimy kroki (układu tanecznego zaczęliśmy się uczyć na sześć dni przed ślubem z filmików na yt :D), ale okazało się, że jest to całkiem spora inwestycja i koniec końców darowaliśmy to sobie. Po pierwszym tańcu stres całkowicie opadł i zaczęła się zarąbista zabawa.

Po drugie - nie planujcie wszystkiego w najdrobniejszych szczegółach - i tak Wam to nie wyjdzie w stu procentach tak jakbyście tego chcieli, bo w ostatniej chwili nawet może Wam wypaść coś co pokrzyżuje Wasze plany. Ja miałam tak z suknią. Od lutego miałam wybrana suknię, która miała czekać na mnie w salonie. Trzy tygodnie przed ślubem pojechałam do salonu z myślą, że wrócę do domu z kiecką... Okazało się że trochę mi się przytyło i nie da rady zasunąć zamka... :D Miałam dwa tygodnie (tak się umówiłam z panią z salonu) na to, żeby jak najbardziej schudnąć. Trochę schudłam, ale nie na tyle, żeby się zmieścić w kieckę, więc... wybrałam zupełnie inną. I jestem z tego bardzo zadowolona, bo uważam że finalnie wyglądałam w niej dużo lepiej niż w tej pierwszej. :D

 

Po trzecie - nie wydawajcie niepotrzebnie pieniędzy - my staraliśmy się możliwie jak najbardziej oszczędzać, ale i tak troszkę popłynęliśmy. Uważam, że inwestowanie w dekoracje sali jest zbędne. My postawiliśmy na dużą, leżącą na naszym sole wiązankę i kilka świec na stoły. Na tym nasze wydatki związane z dekoracja sali się skończyły. Sala zapewniła nam po dwa ładne bukieciki na stoły dla gości i w zupełności wystarczyły. Bądźmy szczerzy na dekoracje sali zwraca się uwagę (o ile w ogóle) na samym początku imprezy. Później jak już poleje się alkohol chyba nikt nie zwraca uwagę na to ile jest bukietów na stołach i czy serwetki pasują do winietek... Uważam, że lepiej dopłacić za porządnego fotografa i kamerzystę, niż wydawać pieniądze na 10 bukiecików.

Po czwarte - cieszcie się sobą - ślub i wesele przelecą Wam błyskawicznie. Sama nie wiem kiedy mi ta impreza zleciała, ale osobiście uważam, że wyciągnęłam z niej możliwie jak najwięcej - praktycznie wcale nie siedzieliśmy za swoim stołem - albo tańczyliśmy, albo siedzieliśmy wśród swoich gości, z tym że w naszym przypadku więcej było tańców niż siedzenia. Po północy pierwsi goście zaczęli się zbierać, więc każdemu poświęciliśmy chwilkę na wręczenie paczek z ciastem i podziękowanie za przybycie, było to może 5 - 10 minut, po czym na nowo wracaliśmy na parkiet żeby wybawić się najlepiej jak się tylko dało.


Po piąte - zabierzcie buty na zmianę! - to jest bardzo ważna rada, która tyczy się zarówno pań, jak i panów. Nawet jeśli wydaje wam się, że wasze buty są wygodne i rozchodzone na maksa i tak weźcie zapasową parę. Nie ma nic gorszego niż obcierający but, nie wybawicie się wtedy, tylko będziecie myśleli o tym jak cholernie wam niewygodnie. Przesiedzicie całe wesele, bo nie będziecie w stanie chodzić... naprawdę nie warto. Dodatkowa para butów nie zajmie Wam dużo miejsca w bagażniku a może uratować cały wieczór. Jeśli o mnie chodzi to miałam sandałki na słupku, w których byłam w kościele i tańczyłam pierwszy taniec. Potem przebrałam je na platformy, które były super wygodne.

Po szóste - nie próbujcie każdego na siłę uszczęśliwiać - zawsze znajdzie się ktoś, komu to, czy tamto nie będzie pasować. Trudno, jego problem. Wasz ślub i wesele to jeden, niepowtarzalny dzień w życiu i skupcie się w nim tylko i wyłącznie na sobie, nie ma sensu zawracać sobie głowę marudnym wujkiem, czy wiecznie narzekającą ciocią. Niech gadają, zawsze będą gadać.

Mam nadzieję, że w jakimś stopniu pomogłam tym osobom, przed którymi ten wielki dzień. Powtórzę jeszcze raz - nie stresujcie się i skupcie się na sobie. To Wy jesteście najważniejsi w tym dniu. Nie nastawiajcie się na to, że wszystko Wam się uda, bo zapewne nie obejdzie się bez wpadek. Cieszcie się sobą, a zapamiętacie ten dzień do końca życia. Powodzenia! :)

Udostępnij

poniedziałek, 24 września 2018

Książka, która nie dorasta serialowi do pięt! | Misja 100 - książka vs serial

Nie było dla mnie zaskoczeniem, że Misja 100 okazała się dużo gorsza niż serial. Słyszałam tego typu opinie, wiele osób mówiło, że książka jest kiepska, że mało ma wspólnego z serialem. Dlatego też nie miałam w planach jej czytać, ale kiedy okazało się, że biblioteka w mojej okolicy zakupiła tę pozycje, to stwierdziłam że skoro mam możliwość przeczytać ją za darmo - czemuż by nie?


Zarówno w książce jak i w serialu głównym wątkiem jest setka nieletnich przestępców wysłanych z kosmosu na Ziemię, aby sprawdzić czy da się na niej żyć, po wojnie nuklearnej, która miała miejsce według serialu 97, a według książki 300 lat wcześniej. Rada statku kosmicznego na którym się urodzili (w serialu jest to Arka, w książce Kolonia) właściwie nie wierzy w to, że człowiek może przeżyć na Ziemi. Jednak kończy im się tlen, więc muszą zredukować populację, aby jak najdłużej żyć. Jak się okazuje na Ziemi można normalnie funkcjonować. Jednak Setka nie jest na niej sama...


Zacznijmy od bohaterów, bo tutaj mamy najwięcej różnic miedzy serialem, a książką. Musicie wiedzieć, że nasza nieustraszona, serialowa Octavia, w książce ma zaledwie 14 lat i ma dość duży problem, o którym nie chcę pisać, bo nie lubię spoilerować. Kass Morgan przedstawiła ją jako zagubioną dziewczynkę, która nie poradzi sobie bez brata. Skoro już o nim mowa - Bellamy został przedstawiony jako kompletnie inna osoba niż w serialu - uległy, samolubny, trochę nieogarnięty. Jedyne co łączy serialowego Bellamy'ego i tego z książki to fakt, że obaj niezwykle troszczą się o młodszą siostrę i robią wszystko aby była bezpieczna. Ważną rolę w powieść odgrywa Wells, który w serialu... cóż ci co oglądali wiedzą jak potoczyły się jego losy. xD Książkowy Wells występuje w roli przywódcy, do którego reszta ma mniejszy, bądź większy szacunek. To on podejmuje większość decyzji. Jest zakochany w Clarke, która nienawidzi go za to co zrobił jej rodzicom. Dziewczyna przedstawiona jest jako osoba niestała w uczuciach, lubiąca czytać książki i starająca się nie wychylać - zajmuje się chorymi w namiocie szpitalnym i nie chce robić nic, co wykraczałoby poza jej medyczne obowiązki. W książce nie ma ani Jaspera, ani Monty'ego, ani nawet Raven, czy Abby. Jest natomiast Glass - przyjaciółka Wellsa i Clarke, która zakochana jest w Luke'u i to z jego powodu trafiła do izolatki, jednak ich historia jest oklepana, schematyczna i nudna...

SERIAL CZY KSIĄŻKA?


Zdecydowanie serial jest lepszy pod tym względem. Postacie w serialu są bardzo różne, każdy ma swój charakter, wady i zalety. Bohaterowie są bardzo realistyczni, wzbudzają emocje - zarówno pozytywne jak i negatywne. W książce postacie mnie irytowały, były mało realistyczne, dialogi między nimi były sztywne, niektóre ich zachowania mocno irytujące. Może gdybym nie miała w głowie obrazu serialowych postaci, to tych książkowych nie oceniałabym tak surowo, jednak nie da się ukryć, że byli dość kiepsko wykreowani, autorka chciała nam przekazać o nich jak najwięcej informacji przez co wyszedł jeden, wielki bajzel.


W serialu ciągle coś się dzieje - każdy odcinek to nowa misja do wykonania, nowy złoczyńca, kolejne problemy bohaterów i ciągła walka o przetrwanie i jak najlepszy los dla swoich ludzi. Wiadomo - bywały lepsze i gorsze odcinki, w niektórych zwrotów akcji było niewiele, inne aż od nich kipiały, ale to chyba normalne i zdarza się w każdym serialu. Natomiast w książce... no niewiele się działo. Setka nieletnich przestępców wylądowała sobie na Ziemi i próbuje przystosować się do nowych warunków. Akcja płynęła sobie powolutku, nie działo się nic niezwykłego. Było mdło, nudno i nijako.


SERIAL CZY KSIĄŻKA?


Bez dwóch zdań serial - za emocje, ciągłe zwroty akcji, za genialną rozrywkę i świetnie prowadzone wątki. Książka posiada tego bardzo niewiele, przez co jej czytanie nie jest wciągające, nie czuje się potrzeby poznawania dalszych losów bohaterów, nie ma praktycznie żadnych fajerwerków, czego nie można powiedzieć o serialu, w którym ciągle coś się dzieje.

Jeśli jeszcze nie oglądaliście The 100, a planujecie zacząć przygodę z tą historią od przeczytania książki, to odradzam, bo możecie się zrazić do serialu, który ma bardzo niewiele wspólnego z książką i jest od niej dużo, dużo lepszy. Nie planuję czytać kolejnych tomów, szkoda mi na nie czasu, a poza tym mam już w głowie utrwaloną historię Setki z serialu i ta książkowa nigdy mnie do siebie nie przekona. 

Czytaliście Misję 100? Jakie są wasze wrażenia? I co najważniejsze - co jest według was lepsze - książka, czy serial?

Udostępnij

czwartek, 6 września 2018

The 100 TAG

Dzień dobry moi mili! :)
Dzisiaj przychodzę do was z czymś czego dawno nie było u mnie na blogu - z TAGiem. :) Jednak musicie wiedzieć, że nie jest to jakiś byle jaki TAG - bo w całości poświęcony on jest mojemu ulubionemu serialowi, czyli The 100. Jeśli jeszcze nie oglądaliście, albo nie jesteście na bieżąco, to raczej omińcie ten post, ze względu na spoilery. Kiedyś pisałam o tym, dlaczego ten serialu jest tak rewelacyjny i zachęcałam was do obejrzenia go, więc jeśli jeszcze tego nie widzieliście to zapraszam tutaj. No i gorąco zachęcam do zobaczenia The 100 - to jest GE-NIAL-NE!. A teraz już nie przedłużam i zapraszam. :)

Na wstępie jeszcze chciałabym zaznaczyć, że TAG znalazłam w internecie, ale nie dodałam tutaj wszystkich pytań, uznałam, że te które znajdziecie poniżej w zupełności wystarczą. No to lecimy!



Kiedy i dlaczego zaczęłaś oglądać serial?


Nie pamiętam kiedy to dokładnie było, ale wydaje mi się, że na początku 2015 roku, bo kojarzę, że byłam wtedy w trzeciej gimnazjum, a sezonu trzeciego jeszcze w ogóle nie było. Dlaczego zabrałam się za The 100? Szukałam fajnego serialu na nudne wieczory i przez przypadek natknęłam się na ten, gdzieś w odmętach internetu - opis od razu mnie zainteresował, włączyłam pierwszy odcinek i... przepadłam. Pochłaniałam po kilka odcinków dziennie, aż bolały mnie oczy - wkręciłam się całkowicie!

Który sezon jest twoim ulubionym i dlaczego?


Chyba nie potrafię jednoznacznie wybrać, bo każdy sezon moim zdaniem miał mniej i bardziej ciekawe wątki. Najmniej podobał mi się trzeci, pierwszy był świetny, drugi i czwarty to po prostu petarda, a piąty chyba postawiłabym na równi z pierwszym, jednak póki co drugi i czwarty zajmują pierwsze miejsce.


Czy to twój ulubiony serial?


Tak! <3 Zdecydowanie tak! Co prawda nie oglądam dużo seriali (w sumie teraz tylko The 100, wcześniej jeszcze Teen Wolfa oraz 13 reasons why), ale nie mam ochoty zaczynać nic nowego i naprawdę ciężko będzie czemukolwiek przebić The 100. Ten serial jest niesamowity <3

Kto jest twoim ulubionym męskim charakterem i dlaczego?


Bez dwóch zdań Bellamy. Kocham tą postać, jego kreację. Nawet w trzecim sezonie (kiedy to sporo osób straciło sympatię do pana Blake'a) nie przestałam go lubić, choć trochę irytował, ale nie ma człowieka bez wad. I to mi się w nim podoba - Bellamy ma zarówno wady, jak i zalety, dzięki czemu absolutnie nie jest sztuczny. Od połowy pierwszego sezonu go polubiłam (pierwsze kilka odcinków pierwszego sezonu był mi raczej obojętny) i sądzę, że nie zmienię o nim zdania.


Kto jest twoim ulubionym żeńskim charakterem i dlaczego?


Clarke! Chociaż sporo osób jej nie lubi, albo zaczęło lubić pod koniec czwartego sezonu. Ja od zawsze wiedziałam, że jest to postać bardzo dobrze wykreowana - podobnie jak Bellamy - scenarzyści przedstawili zarówno zalety, jak i wady Clarke, co czyni ją autentyczną bohaterką. A za to co zrobiła w finale czwartego sezonu zyskała jeszcze większą sympatię z mojej strony. Oprócz niej nie może tutaj zabraknąć Octavii, która według mnie jest wizytówką piątego sezonu, oraz Raven - zarąbistej pani mechanik.

Charakter, który cię denerwuje, pomimo że jest lubiany przez większość ludzi?


I tutaj pewnie was zaskoczę - Lexa. Przestałam ją lubić kiedy zdradziła Skaikru pod Mounth Weather i od tamtej pory nie odzyskała mojej sympatii. Kiedy umarła (zdecydowanie zasłużyła na bardziej "spektakularną" śmierć) zrobiło mi się trochę przykro, no i byłam mocno zaskoczona, ale nie przeżywałam jakoś bardzo jej śmierci. Nawet troszkę się ucieszyłam, bo pojawiła się szansa na Bellarke. ^^


Którego drugoplanowego bohatera chciałabyś widzieć częściej?


Nie wiem czy Murphy'ego zaliczać do grona bohaterów pierwszo, czy drugoplanowych, ale jeśli do tych drugich to zdecydowanie on. Uwielbiam tę postać - w sezonie pierwszym był mocno irytujący, ale od drugiego stale rośnie moja sympatia do niego i obecnie jest jednym z moich ulubieńców. Jeśli jednak zalicza się on do pierwszoplanowych postaci to moją odpowiedzią na to pytanie będzie Monty - jaki on jest uroczy! <3 No i Jasper - baardzo go lubiłam i płakałam podczas sceny jego śmierci i uważam, że była to jedna z najbardziej wzruszających scen w tym serialu.

Który z bohaterów najbardziej się rozwinął?


Octavia zdecydowanie. Dziewczyna przeszła olbrzymią przemianę - od wystraszonej, bezbronnej nastolatki, która musiała chować się pod podłogą, aż do dojrzałej, pewnej siebie i morderczej Blodreiny.


Kto zasłużył aby wreszcie być w pełni szczęśliwym?


Clarke - tyle ile ona zrobiła dla swoich przyjaciół i ile razy narażała swoje życie dla nich... Zasługuje na szczęście, a najlepiej w związku z Bell'em. :D No i oczywiście Octavia - to co ta dziewczyna przeszła w bunkrze... I mimo tych wszystkich okropieństw jakie tam się działy, zjednoczyła Wonkru dzięki czemu było niezwykle silne.... niestety do czasu...

Czyja śmierć była według ciebie najsmutniejsza?


Lincolna - ryczałam jak bóbr, nie do końca to do mnie docierało, odtwarzałam tę scenę kilkakrotnie - i do tego ta muzyczka w tle - o rany to była jedna z najbardziej wzruszających scen w serialu. Smutna była dla mnie również śmierć Mayi i Jaspera - bardzo ich lubiłam i płakałam podczas scen ich śmierci. I o ile Jasper nie był dla mnie jakiś wielkim zaskoczeniem (choć po cichu i tak liczyłam na to, że Monty namówi go na wyjazd z nim i Harper), o tyle podczas śmierci Mayi byłam mocno zdziwiona, bo liczyłam, że jednak wymyślą coś żeby ją uratować.


Kogo chciałabyś zobaczyć martwego?


Na chwilę obecną chyba nie ma takiej postaci, wszyscy ci którzy mnie najbardziej wkurzali, umarli. xD

Kto jest według ciebie najlepszym dowódcą?


Uważam, że Clarke oraz Kane, może też Jaha mogą zyskać to miano, ponieważ zawsze starają się ochraniać swoich ludzi, są gotowi do poświęceń dla nich i pragną dla swojego ludu jak najlepszego życia.

Ulubiony ship?


Bellarke! Zdecydowanie i bez żadnych wątpliwości! Gdybym miała wskazać drugi ulubiony ship to Murven - rany uwielbiam ich razem! Chociaż Raven z Zeke'iem są niezwykle słodcy i też im kibicuję. Bardzo lubiłam też Linctavię. <3

.................................................................................................................................................................................

No i na tym pytaniu kończymy ten TAG, mam nadzieję, że wam się podobał. Fani The 100 łączmy się! :D Do napisania!

P.S: Zachęcam was do zrobienia tego TAGu u siebie. ;)

Udostępnij

piątek, 24 sierpnia 2018

Piątek z piątką, czyli 5 ekranizacji, które okazały się lepsze niż książki


Z reguły trzymam się zasady - najpierw książka, potem film. Czasami jednak zdarza mi się zrobić na odwrót, czyli najpierw zobaczyć ekranizację, a potem przeczytać jej papierowy pierwowzór. No i cóż - z tymi ekranizacjami bywa różnie - czasem film właściwie całkowicie różni się od książki, czasem jest do niej bardzo podobny, a zdarza się, że bywa nawet lepszy. Dzisiaj porozmawiamy sobie właśnie o tej trzeciej opcji - kiedy to ekranizacja jest lepsza od książki. Zapraszam na kolejną odsłonę piątku z piątką. :)

W blasku nocy



W tym przypadku zarówno książka jak i film bardzo mi się podobały, jednak o wiele więcej emocji towarzyszyło mi podczas oglądania. Bardzo często w sumie film wyzwala we mnie dużo więcej niż książka. W tym przypadku nawet nie wiedziałam kiedy dobrnęłam do końca filmu - oglądało mi się bardzo szybko i przyjemnie - nie czułam w ogóle upływu czasu. No i na końcówce mocno się wzruszyłam, czego zabrakło mi podczas czytania powieści. Poza tym książka W blasku nocy według mnie została bardzo dobrze zekranizowana, bo większość wątków i scen jakie pojawiały się w filmie, miały miejsce również w książce. Jednak za te emocje jakie wyzwolił we mnie film, to właśnie on wygrywa w starciu ze swoim książkowym pierwowzorem.

13 powodów



Zarówno książka jak i serial podobały mi się, aczkolwiek uważam, że w serialu o niebo lepiej zostały ukazane powody, dla których Hannah zdecydowała się popełnić samobójstwo. Akcja trwa dłużej niż w książce, dzięki czemu więcej się dzieje i jest po prostu ciekawiej. Serial wywołał we mnie sporo emocji, uważam że został bardzo dobrze wyreżyserowany, podobały mi się te wstawki z przeszłości. Sama postać Hannah dużo bardziej do mnie przemawiała w serialu niż w książce. Tytułowe powody zostały bardziej dokładnie przedstawione na ekranie, no i psychika Hannah - w serialu możemy dużo lepiej ją zrozumieć niż podczas czytania książki, w której szczerze powiedziawszy niektóre wątki rozwijały się za szybko, a kilka z powodów były potraktowane tak trochę po macoszemu. Według mnie serial jest zdecydowanie lepszy.

Dawca



W przypadku książki przeszkadzał mi trochę młody wiek bohaterów, czasami ich niektóre zachowania wydawały mi się trochę nieadekwatne do ich wieku. W filmie postacie są starsze przez co ich zachowania wydają się bardziej naturalne. Sam pomysł na to aby przedstawić świat w szarych barwach zasługuje na plus. I podobnie jak wyżej - ekranizacja wywołała u mnie więcej emocji, niż film, działo się więcej ciekawych rzeczy i oglądanie nie było czymś nudnym. Jeśli przeczytaliście już książkę, to polecam wam zapoznanie się z filmem - według mnie jest fajniejszy.

Trzy metry nad niebem



Nie mogłam znaleźć normalnego zwiastuna, więc łapcie filmik z głównymi bohaterami xD

Czytałam tę książek już naprawdę dawno temu. Było to chyba w gimnazjum. Najpierw jednak obejrzałam film, bo wszyscy się nim zachwycali. Był to jeden z najbardziej wzruszających filmów jaki widziałam. Zrobił na mnie spore wrażenie i dołączyłam do grona tych wszystkich osób, którym tak bardzo przypadł do gustu. Potem naszła mnie ochota na książkę i nie wiem czy to dlatego, że najpierw obejrzałam ekranizację, ale od samego początku przeszkadzało mi... inne imię głównego bohatera. :D Pamiętam, że wyjątkowo dłużyło mi się czytanie i nijak nie mogłam się wciągnąć. Ekranizacja okazała się zdecydowanie lepsza.

Marley i ja



Tutaj kocham zarówno film, jak i książkę, ale jeżeli mam wybrać pomiędzy nimi to stawiam na film. Dlaczego? Otóż na filmie ryczałam jak bóbr, pierwszy raz tak bardzo płakałam podczas oglądania - wcześniej takie coś mi się nie zdarzało. Książka nie wywołała u mnie tylu emocji co ekranizacja, poza tym została bardzo dobrze odwzorowana - z tego co pamiętam niewiele było wątków w filmie, które różniły się od tych w książce. Muszę sobie odświeżyć historię Marleya, ale wolę obejrzeć ją na ekranie, niż przeczytać. :)

Tak prezentuje się moja lista, ale teraz dajcie znać jak to u was jest z tymi ekranizacjami - czy w ogóle lubicie je oglądać? Co najpierw książka, czy film?  Trafiliście kiedyś na ekranizację, która waszym zdaniem była lepsza od papierowego pierwowzoru? Bardzo chętnie poczytam wasze komentarze na ten temat, a teraz... miłego piątku! :)

wszystkie filmiki pochodzą z youtube
Udostępnij

sobota, 28 lipca 2018

Filmowa sobota | Colonia, czyli mało znany, ale niezwykle poruszający film

Ostatnio pomyślałam sobie, że można by wprowadzić jakiś nowy cykl postów na bloga. Zauważyłam, że lubicie czytać moje wpisy o filmach, bo nieraz takie się pojawiały, więc stwierdziłam, że mogłabym pisać o nich częściej. Filmowa sobota będzie zatem kolejnym cyklem postów, które będą dotyczyły jak nietrudno zgadnąć filmów, jakie miałam okazję obejrzeć. :) Dzisiaj porozmawiamy sobie o mało popularnej Colonii w reżyserii Floriana Gallenbergera, która zasługuje na zdecydowanie większy rozgłos.


Natknęłam się na ten film na jednym z blogów, które obserwuję, nie pamiętam już gdzie to dokładnie było, ale autorka posta bardzo mnie zaciekawiła tą produkcja i postanowiłam, że chętnie obejrzę ten film, tym bardziej że gra w nim Emma Watson, znana z roli Hermiony Granger z Harry'ego Pottera. Poza tym opis oraz zwiastun filmu były (są) niezwykle interesujące, a że zbliżała mi się matura, to postanowiłam obejrzeć Colonię w nadziei, że znajdę tam jakieś motywy, które mogłyby mi się przydać na polskim. Odpaliłam więc mój dziesięcioletni komputer i zabrałam się za oglądanie.


Akcja rozgrywa się w latach siedemdziesiątych w Chille. Pewnego dnia młody chłopak - Daniel, zostaje porwany przez tajną policję. Jego dziewczyna Lena nie może się pogodzić ze stratą ukochanego i rozpoczyna jego poszukiwania. Trafia do Colonii Dignitas, strzeżonego obozu, w którym żyje sekta na czele z kaznodzieją Paulem Schaferem. Okazuje się, że z tego miejsca jeszcze nikomu nie udało się uciec, a ludzie tworzą swego rodzaju kult i są ślepo wpatrzeni w swojego przywódcę. Aby wyzwolić Daniela, Lena postanawia dołączyć do wyznawców kultu i dostaje się na teren Colonii.


Ten film mocno mną wstrząsnął. Był niesamowicie wciągający, aktorzy bardzo dobrze wcielili się w swoje role, byli bardzo przekonujący. Koniec filmu wycisnął mi łzy z oczu - ta produkcja trzymała w napięciu właściwie od początku do końca. Jest to smutna historia, tym bardziej, że oparta na faktach. Nie mogłam się oderwać od ekranu komputera, z zapartym tchem i wielką ciekawością śledziłam dalsze losy bohaterów, nie mogąc uwierzyć w to co się tam działo. Colonia wywołała we mnie masę emocji. To historia miłosna, w której ukazane jest olbrzymie poświęcenie dla drugiego człowieka, sposób przetrwania oraz piękna i prawdziwa relacja między mężczyzną, a kobietą, którzy bardzo się kochają.


Uważam, że filmy takie jak ten powinny być zdecydowanie bardziej znane. To po prostu trzeba obejrzeć. Gwarantuję, że nie pożałujecie czasu poświęconego na ten film, wciągniecie się nie wiadomo kiedy i potem przez długi czas będziecie o nim rozmyślać. Historia Leny i Daniela poruszy was, uczucie, jakie ich łączy jest niezwykle dobrze ukazane - takie prawdziwe i szczere. Gra aktorska jest bardzo dobra, a cała fabuła po prostu piękna. To proste słowo najlepiej opisuje cały ten film - jest piękny. Jeśli macie chwilę czasu to nie zastanawiajcie się dłużej i obejrzyjcie Colonię - dajcie się poruszyć i poznajcie tę wspaniałą historię, opartą na faktach. Serdecznie polecam!
Udostępnij

piątek, 20 lipca 2018

Piątek z piątką, czyli 5 mało znanych książek, które są warte uwagi


W dzisiejszej odsłonie Piątku z piątką na tapetę pójdą książki, które bardzo mi się podobały, ale są dość mało znane (przynajmniej tak mi się wydaje) i zasługują na większą popularność. Mam nadzieję, że może przekonam kogoś z was do sięgnięcia, po któryś z niżej podanych tytułów, bo myślę, że naprawdę warto je poznać. :) Bez zbędnego przedłużania - witam was w czwartej odsłonie Piątku z piątką i zapraszam do czytania. :)


Na pierwszy ogień idzie Wszechświat kontra Alex Woods. Mam wrażenie, że kilka lat temu było większe zainteresowanie tym tytułem, ale teraz właściwie nigdzie nie widać tej książki. Niewątpliwą jej zaletą jest styl pisania autora, bo przeczytanie tej powieści zajmuje niewiele czasu, często wprowadzane są zabawne momenty i tę książkę po prostu chce się czytać. Bardzo wciągająca, nieprawdopodobna historia Alexa, która na pewno przypadnie do gustu miłośnikom nieco pokręconych historii. Pełna humoru, ciepła, wciągająca i oryginalna pozycja, warta waszej uwagi. :)

"Pewnej deszczowej nocy celnik zatrzymuje poszukiwanego Alexa Woodsa. W jego samochodzie znajduje kilogram marihuany, sporą ilość gotówki i… urnę z ludzkimi prochami. Nie pierwszy raz chłopak trafia na czołówki gazet — od czasu, gdy przed laty uderzył w niego meteoryt, zna go każdy. Właśnie tak rozpoczyna się znakomita debiutancka powieść Gavina Extence’a, nagrodzona w plebiscytach Amazon Best Book oraz Writers’ Guild Best Book.

Wydawać by się mogło, że w życiu Alexa Woodsa wyczerpał się już limit niespodzianek. I chociaż matka tarocistka oraz wypadek z udziałem spadającego meteorytu stanowią spory bagaż doświadczeń, prawdziwym zwrotem w jego życiu okazało się przypadkowe spotkanie pana Petersona…" - lubimyczytac




Tym razem proponuję wam książkę, która na pewno was poruszy. Trzy i pół sekundy to wzruszająca historia o tym jak poradzić sobie ze śmiercią dziecka, które zostało brutalnie odebrane zrozpaczonym rodzicom przez sepsę. To powieść dla dojrzalszych czytelników, którzy szukają czegoś poważniejszego i skłaniającego do refleksji. Na pewno warto poznać historię małżeństwa, które w jednej chwili straciło wszystko, bo czasem dobrze jest zrobić sobie przerwę od lekkich historii, które szybko się zapomina, a zabrać się za coś wymagającego oraz poruszającego. To historia, która odpowiada na pytanie jak żyć z ogromną żałobą i tragedią.

"Grace i Tom Penderford to zgodne i szczęśliwe małżeństwo. Mieszkają w sielankowym domu na wsi i wychowują zdrową córeczkę, Chloe. Są beztroscy. Są normalni.

Jednak los szykuje im okrutną niespodziankę. Tuż po trzecich urodzinach Chloe wszystko się zmienia. Bezlitosna choroba rozbija szczęśliwą trójkę, zabierając córeczkę na zawsze.

To sepsa, przez którą na świecie co trzy i pół sekundy umiera jeden człowiek.

Niewymowna tragedia, która dotyka małżeństwo pozostawia piętno na każdej sferze ich życia.

Czy Tomowi i Grace uda się pozlepiać serca, które pękły na milion kawałków? Czy ich związek ma jeszcze jakąkolwiek przyszłość?" - lubimyczytac



Jeśli jesteście fanami fantastyki, lubicie książki o zombie, apokalipsie, to koniecznie przeczytajcie Pandorę. To brutalna książka, dla osób o mocnych nerwach, niezwykle wciągająca i intrygująca. Tutaj właściwie ciągle coś się dzieje i nie ma mowy o nudzie. Autor wykreował świat, w którym nikt nie jest bezpieczny i zrobił to w genialny sposób. wszystko w tej powieści jest dokładnie przemyślane i bardzo dobrze opisane. To kawał dobrej książki, która z pewnością nada się idealnie dla fanów takich klimatów, chociaż nie tylko. Jeśli szukacie jakiejś dobrej i wciągającej fantastyki to Pandora nada się idealnie. Do tego nie łatwo o niej zapomnieć, a film na jej podstawie byłby prawdziwą petardą.

"Melanie ma dziesięć lat i odkąd pamięta, mieszka w celi bez okien. Każdego dnia uzbrojeni po zęby żołnierze przywiązują ją do wózka i zawożą na lekcje. Nie rozmawiają z nią. Chyba się boją, że ich zje – tak jak „głodni”, którzy zjadają innych ludzi po tym, jak zarazili się dziesiątkującym ludzkość grzybem Ophiocordyceps unilateralis.
Gdy Melanie zostaje sama, lubi sobie wyobrażać, że jest niezwykła i odważna jak mityczna Pandora. Że tak jak ona została obdarowana. Że potrafi obronić swoją ukochaną nauczycielkę przed zagrożeniem. Także przed sobą…" - lubimyczytac




Wirusy to powieść napisana w bardzo lekki i przyjemny sposób, którą czyta się naprawdę błyskawicznie. Autorka dała nam możliwość rozwiązania zagadki laboratorium, które mieści się na pewnej wyspie. Po odkryciu szczątków ludzkich, młodzi ludzie próbują odkryć co tak naprawdę dzieje się za murami laboratorium i kto zginął na wyspie. Nie jest lektura, o której długo będziecie rozmyślać, ale na sto procent spędzicie z nią miło czas i będziecie ciekawi jak potoczy się ta historia. Autorka wykreowała bohaterów, ciekawych świata, oraz stworzyła zagadki, które okazują się nieprzewidywalne i zaskakujące. Wirusy to pozycja warta do przeczytania szczególnie w okresie wakacji - wciągnie was i zapewni świetną rozrywkę.

"Młodzi ludzie znajdują ludzkie szczątki na małej wysepce w Karolinie Południowej, nieświadomie uruchamiając całą lawinę zdarzeń. W toku podjętego śledztwa odkrywają niewyjaśnioną zbrodnię sprzed lat. Kiedy wspólnie ratują chorego psa z laboratorium mieszczącego się na wyspie, żadne z nich nie ma już wątpliwości, że te dwie sprawy coś ze sobą łączy. Nie wiedzą jednak, że zwierzę jest nosicielem bardzo niebezpiecznego wirusa…

Tory Brennan, główna bohaterka powieści, jest zafascynowana kośćmi i martwymi ciałami równie mocno, co jej słynna ciotka, uznana antropolog sądowa, Temperance Brennan. Tory mieszka wraz z ojcem w odizolowanym od świata ośrodku badawczym, spędzając czas w towarzystwie dzieci innych naukowców. Dotychczas nie miała zbyt wielu okazji do wykazania się niezwykłą wiedzą, Aż do tej pory. Ona i czwórka jej przyjaciół są w śmiertelnym niebezpieczeństwie!" - lubimyczytac  




Na koniec chcę wam powiedzieć trochę o Monumencie 14 - cienkiej książce, ale za to ciekawie napisanej i wciągającej. Podobnie jak w przypadku Wirusów, ta powieść nie należy do grona wybitnych, ale z pewnością jest oryginalna i przez to zdecydowanie warta uwagi. Mnie przyciągnął do niej opis, który będziecie mogli przeczytać kilka linijek niżej. Akcja rozgrywa się w supermarkecie, gdzie nastolatkowie oraz małe dzieci ukrywają się przed katastrofami, które dzieją się w ich spokojnym do tej pory miasteczku. Na zewnątrz dzieją się okropne rzeczy a 14 młodych ludzi musi przetrwać nie wiadomo ile czasu w sklepie, który staje się ich domem. Monument 14 szybko was wciągnie i zachwyci fajną mapka zamieszczoną w środku książki. Warto rozważyć przeczytanie tej książki w letnie wieczory, kiedy nie ma nic ciekawego w telewizji. Na pewno będzie to dla was miła odskocznia i ciekawie napisana fantastyka dla młodzieży.

"Potężne tsunami pustoszy wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Nad krajem przetaczają się straszliwe burze, a ze zniszczonego ośrodka wojskowego wydostaje się tajemnicza broń chemiczna. Sześcioro licealistów, dwójka gimnazjalistów i szóstka mniejszych dzieci po wypadku w drodze do szkoły chroni się w supermarkecie. Wielki sklep szybko staje się jednak zarówno ich schronieniem, jak i więzieniem. Grupka zdanych na siebie, przerażonych, odciętych od świata dzieciaków zaczyna tworzyć małą społeczność: organizują sobie życie, dzielą obowiązki, starsi opiekują się młodszymi, ale też ujawniają się szkolne sympatie, antypatie i skrywane dotąd uczucia, wyłaniają się naturalni przywódcy i ci, którzy chcą skorzystać z sytuacji i trochę się zabawić..." - lubimyczytac

-----------------------------------

Mam nadzieję, że chociaż trochę zachęciłam was do zapoznania się z tymi książkami, moim zdaniem są warte uwagi, zwłaszcza Wszechświat kontra Alex Woods, oraz Pandora - te dwie serdecznie wam polecam. Dajcie znać czy czytaliście którąś z tych pozycji, a może macie je w planach? Napiszcie też o książkach, które waszym zdaniem są zdecydowanie zbyt mało popularne - może skuszę się na którąś z waszych propozycji. ;) Udanego weekendu, widzimy się w następnej notce. :)
Udostępnij

niedziela, 15 lipca 2018

Piąta fala - film vs książka

Ta notka powstała już bardzo, bardzo dawno temu, ale kompletnie o niej zapomniałam, a szkoda żeby się zmarnowała w wersjach roboczych, więc publikuję ją dopiero teraz. 😂😂

Dzisiaj mam dla was porównanie pierwszego tomu książki z jej ekranizacją. Muszę przyznać, że obawiałam się trochę filmu, bo słyszałam o nim różne opinie - zarówno te pozytywne, jak i negatywne, więc nie chciałam się rozczarować i dość długo zwlekałam z obejrzeniem. W końcu po przeczytaniu trzeciego (i ostatniego) tomu trylogii, postanowiłam zabrać się za oglądanie. I oto przed wami podsumowanie filmu i porównanie go do książki.


!UWAGA NA SPOILERY!

W pierwszym tomie bardzo lubiłam Cassie i umieściłam ją nawet w spisie moich ulubionych książkowych bohaterek. W drugim tomie zachowywała się irytująco i nad wszystkim musiała sprawować kontrolę, co zaczęło mnie denerwować. Hamowała pozostałych i nie zgadzała się z ich opinią odnoście Evana, a kiedy w trzecim tomie nastąpiła sytuacja z Ringer i Benem, który był po jej stronie, ona demonstracyjnie pokazywała swoje niezadowolenie z obecnej sytuacji. No, ale jej wyczynem na końcu zyskała sobie z powrotem moją sympatię. Okej, a co z filmem?


Nie przepadam za Chloe Grace Moretz i mam wrażenie, że sztucznie gra, poza tym zupełnie inaczej wyobrażałam sobie Cassie. Nie byłam zadowolona kiedy dowiedziałam się, że to ona ma wcielić się w rolę głównej bohaterki. Powiem szczerze, że nie powaliła mnie jej gra aktorska. Za dużo otwartych ust (helloł druga Kiersten Stewart się szykuje? xD), jej miny były bardzo podobne w poszczególnych scenach, a płacz, czy inne emocje, które ukazywała nie były da mnie przekonujące. Ale były też momenty, w których całkiem mi się podobało jej "aktorzenie", więc nie jest najgorzej (chociaż najlepiej też nie xD).


Ben Parrish - wyobrażałam sobie go jako bardziej hmm... męskiego? Nie mam nic do zarzucenia Nick'owi (który wcielił się w rolę Bena) jeśli chodzi o jego grę aktorską, ale uważam, że jego wygląd był zbyt chłopięcy i delikatny jak na Zombie'ego. Do tej roli idealnie mi pasuje Bob Morley z The 100! Hmm, w sumie Eliza Taylor byłaby świetną Cassie, a Lindsey Morgan - Ringer. ^^ Pozostali aktorzy byli dobrze dobrani i nie mam zarzutów co do reszty. Ooo, a aktor grający Evana idealnie mi do niego pasował! I jaki on przystojny! *.*

Zakończenie w książce było tak emocjonujące i zaskakujące, że ledwo nadążałam za przewracaniem kartek! Oj działo się, działo. Wszystko było dokładnie opisane przez autora i dzięki temu bardzo łatwo było mi się wczuć w czytaną powieść i wejść do jej świata. W filmie zakończenie było słabe.


Po pierwsze - zbyt łatwo im to wszystko poszło. Cassie jak gdyby nigdy nic wchodzi sobie do gabinetu (tak to nazwijmy :D) i wali babkę w głowę, dusi ją kablem, potem łatwiutko sobie wychodzi i lata w tę i z powrotem jak podczas biegania na wf. Potem spotyka Bena, który dosłownie na nią wpada i razem uwalniają Sama (niee, to wcale nie podejrzane kiedy nastolatka w ciut za dużym mundurze zabiera nagle małego chłopca z tłumu i wybiega z nim przez drzwi). Przecież to wcale nie było dziwne i wcale nie rzucało się w oczy! Szkoda, że nie poszli sobie spacerkiem, po co było biec i tak nikt niczego nie zauważył! xD

Żeby nie było - film mi się podobał. Oprócz tych minusów, które wymieniłam u góry był naprawdę bardzo ciekawy i nie żałuję, że go obejrzałam, jednak prawda jest taka, że nie umywa się do książkowego pierwowzoru. Nie jest to obowiązkowa filmowa pozycja, ale w wolnym czasie można sobie obejrzeć, tym bardziej jeśli lubi się klimaty obcych i zagłady świata.

Moja ocena książki: 8/10
Moja ocena filmu: 5/10
Udostępnij

piątek, 15 czerwca 2018

Piątek z piątką - pięć książek, których nijak nie mogę dokończyć

Cześć i czołem książkoholicy! :D


Zapraszam was dzisiaj do kolejnej odsłony Piątku z piątką. Na pewno macie jakieś książki, które kiedyś tam zaczęliście, ale za nic nie mogliście dobrnąć do ich końca i odłożyliście je na półkę niedoczytane. Dzisiaj skupimy się właśnie na nich - może akurat znajdziemy motywację, aby sięgnąć po nie ponownie i tym razem przeczytać od deski do deski? ;) W moim przypadku takich pozycji na pewno by się znalazło więcej jak pięć, ale nie będę przekraczać tej liczby, bo nazwa cyklu do czegoś zobowiązuje. :D No to lećmy z tym!

Caraval



Miałam do tej pozycji bodajże dwa podejścia - za pierwszym razem, po pierwszym, czy drugim rozdziale się poddałam, za drugim przeczytałam chyba 1\4 książki i też odłożyłam na półkę. W sumie to nawet nie wiem dlaczego, bo z tego co pamiętam to podobała mi się ta historia i zauroczyła mnie mapka na początku - miałam dużą ochotę na tę książkę, ale coś nie wyszło. Chyba się postaram dać jej jeszcze jedną szansę, w końcu do trzech razy sztuka. :)


Marsjanin


Sporo zachwytów naczytałam się o tej książce i pamiętam, że byłam bardzo zadowolona kiedy dorwałam ją w tej pomarańczowej okładce, która podoba mi się dużo bardziej niż filmowa (drażni mnie głowa tego aktora na całej okładce - no bez jaj aż takie zbliżenie na nią dali xD). W tym przypadku też miałam bodajże dwa podejścia, ale strasznie mnie męczyło pióro autora i jego styl pisania. Sporo osób zachwycało się ciętym językiem głównego bohatera i jego humorem - owszem był śmieszny, ale nie na tyle, żebym chciała dalej się z tym męczyć. Za dużo naukowych, fizycznych pojęć - zdecydowanie mnie ta książka odrzuca i szczerze wątpię, żebym jeszcze kiedyś do niej powróciła.

Diabolika



Dobre opinie, dobra cena, więc kupiłam. Zabrałam się za czytanie pełna zapału i energii, ale coś nie zaiskrzyło. Podobnie jak wyżej męczył mnie trochę styl i język autorki, a cała historia nie interesowała mnie i po prostu nie wciągnęła. Miałam wrażenie, że wszystko rozgrywa się strasznie wolno i ślamazarnie, wkurzała mnie główna bohaterka i stwierdziłam, że rzucam to wszystko i zabieram się za coś ciekawszego. Planuję dać tej pozycji jeszcze jedną szansę, ale nie wiem kiedy to nastąpi... Może jak nie będę miała kompletnie nic do czytania i z braku laku wezmę wtedy Diabolikę. ;)

Fobos



Na początku się wciągnęłam. Chciałam poznać tę historię, byłam zdeterminowana, tym bardziej, że przypominała mi trochę serial The 100 (bo mi się z kosmosem skojarzyło, prócz tego chyba żadnych innych podobieństw nie ma , ale co tam xD), a dziewczyna na okładce przypomina mi Clarke - moją ulubioną żeńską postać z serialu. No i przewracałam te kartki, przewracałam i... przysypiałam. Akcja zaczęła mnie nudzić, bohaterów nie mogłam spamiętać, bo było ich dość sporo i w końcu dałam sobie spokój. Może kiedyś spróbuję jeszcze raz, ale póki co nie zanosi się na to.


Heaven. Miasto elfów



Tą książkę porzuciłam na rzecz innej - nie pamiętam już jakiej. Cała ta powieść wydawała mi się nieco absurdalna, ale miała w tym swój urok - była nawet trochę baśniowa i podobała mi się. Jednak kompletnie o niej zapomniałam, zajęłam się czymś innym i odłożyłam na półkę, gdzie do tej pory stoi nie ruszona. Szczerze mówiąc to nie wiem czy mam ochotę do niej wracać - czy nie lepiej poświęcić czas na coś bardziej hmm... ambitniejszego, ale nie skreślam jej, tym bardziej że wkręciłam się w tę historię.


No i tak się prezentuje moja piątka książek, których nijak nie mogę dokończyć. Teraz czas na was! :) Pochwalcie się przez jakie książki wy nie możecie przebrnąć, a może czytaliście którąś z powieści, które wyżej wymieniłam? Jeśli tak, to warto się za nie zabierać po raz kolejny? :) Czekam na wasze komentarze, miłego piątku! :)
Udostępnij

piątek, 1 czerwca 2018

Piątek z piątką, czyli 5 książek, które przypominają mi dzieciństwo :)

Witam Was książkoholicy w ten upalny czerwcowy dzień!



Hej! Mamy już czerwiec - Dzień Dziecka i nie mam pojęcia jakim cudem ten czas tak szybko zapierdziela. Ale nie o tym dzisiaj. Z okazji tego, że wszystkie dzieci dziś świętują (pochwalcie się, kto tak jak ja wciąż czuje w sobie wewnętrzne dziecko! :D), oraz mamy piątek, to postanowiłam, że druga odsłona mojego cyklu Piątek z piątką, będzie związana z dniem pierwszego czerwca. Panie i Panowie zapraszam na 5 książek, które przypominają mi dzieciństwo! :)

Harry Potter



Pewnie myślicie sobie teraz - "no nie znowu Potter - on jest wszędzie!", ale kurcze, nie mogłam nie dać tutaj serii Rowling. Harry Potter przypomina mi dzieciństwo, ze względu na szkolne przygody głównych bohaterów, ich beztroskę w początkowych tomach, chęć zabawy, radość z życia. Harry'ego czytałam po raz pierwszy w drugiej klasie gimnazjum i już wtedy pozwolił mi wrócić do czasów mojego dzieciństwa.

Był sobie pies



Ja ogólnie mam tak, że kocham pieski i nie potrafię sobie wyobrazić życia bez nich. Bailey przypomniał mi o moim Kapselku - czarnej, kudłatej kuleczce, z którą bawiliśmy się z siostrami i kuzynem jak byliśmy mali. Pamiętam jak braliśmy kiełbasę do ręki i uciekaliśmy z nią, a Kapselek gonił nas i umyśleliśmy sobie, że to taka nieco zmieniona wersja zabawy w berka - z tym, że goniącym był piesek. Powieść Bruce'a Camerona przypomina mi jakie to jest niesamowite uczucie - beztroska zabawa z psiakami, podczas której o niczym nie myślisz - po prostu się cieszysz. ;)

Cud chłopak



Historia Auggiego przypomniała mi czasy kiedy chodziłam do podstawówki i każdy dzień w niej spędzony przynosił co innego - nowe doświadczenia. Dzięki tej książce wróciłam myślami do budynku mojej szkoły podstawowej i wspomnień z nim związanych ( a jest ich całkiem sporo). Fragmenty pisane z dziecięcej perspektywy dodatkowo tworzyły niesamowity klimat tej powieści i przypominały mi siebie jako małą Klaudusię z palemką na głowie (której nienawidziłam, bo inne dzieci się ze mnie śmiały w tej fryzurze xD).

Opowieści z Narni


Lektura z czwartej klasy, która strasznie mi się spodobała - film zresztą też. Kiedy tylko widzę okładkę tej książki wspominam jak czytałam ją w czwartej klasie. Z wielką chęcią przewracałam wtedy kolejne kartki tej książki, aby poznać dalsze losy bohaterów. I powiem wam, że dość sporo z tej książki pamiętam, mimo że minęło tyle lat odkąd ją czytałam (może to dlatego, że sporo się naoglądąłam ekranizacji xD).

W pustyni i w puszczy


Z tego co wiem, to niektórzy uczniowie bardzo lubą tę lekturę, a inni wręcz nienawidzą. Ja należę do tej pierwszej grupy. Przygody Stasia i Nel bardzo mnie wciągnęły i z zapałem odpowiadałam na pytania nauczyciela na temat tej książki - podobała mi się, przeczytałam ją całą, no i mogłam się o niej rozgadać na lekcji, a dodatkowo zarobić piątkę. Była to chyba lektura, którą omawialiśmy w piątej klasie, a przynajmniej z piątą klasą mi się kojarzy - ahh te podstawówkowe czasy.. ;')

...................................................................................................................................................................

No i na tym kończymy moje wspominki z dzieciństwa. Powiem wam, że zawsze chciałam choć na jeden dzień cofnąć się wstecz i jeszcze przez chwilkę pobyć dzieckiem. Też tak macie? Dajcie znać w komentarzach - napiszcie też jakie książki przypominają wam dzieciństwo - jestem tego bardzo ciekawa. No i nie zapominajcie - wszyscy mamy w sobie wewnętrzne dziecko, a więc cieszmy się wszyscy naszym dzisiejszym pierwszo-czerwcowym świętem! I wyluzujmy się choć przez ten jeden dzień w roku! :)


Udostępnij

poniedziałek, 28 maja 2018

Beznadziejna ekranizacja, ale rewelacyjny film - Lek na śmierć

Przede mną najdłuższe wakacje w moim życiu - skończyłam liceum 27 kwietnia i przez najbliższych kilka miesięcy szkoła odpadła z listy moich obowiązków. Dlatego też mam sporo czasu, żeby ponadrabiać filmowe i książkowe zaległości. Ostatnio postanowiłam coś obejrzeć. Nie przepadam za oglądaniem filmów, bo trochę szkoda mi na nie czasu, ale tym razem ciekawość zwyciężyła i odpaliłam Lek na śmierć na moim super wolno chodzącym internecie. Przyznam szczerze, że trochę mnie przeraziła długość filmu - prawie dwie i pół godziny, ale stwierdziłam, że w razie czego, to będę omijać nudne fragmenty, albo po prostu wyłączę film. I nawet nie zauważyłam kiedy minął ten czas - Lek na śmierć to absolutnie wciągająca produkcja pełna zwrotów akcji, zapierająca dech, ale....



... ale jednocześnie beznadziejna ekranizacja książki. Wątki, które pojawiają się i w filmie i w książce można policzyć na palcach jednej ręki. W sumie nie tylko w przypadku tej części tak jest, bo to samo mamy w poprzednich dwóch, czyli w Próbach ognia, oraz Więźniu Labiryntu (tutaj chyba najwięcej wątków pojawia się zarówno w książce jak i w filmie, ale i tak nie jest ich jakoś dużo). Jeśli miałabym stworzyć ranking najgorszych książkowych ekranizacji, to filmy z serii Więzień Labiryntu zajęłyby pierwsze miejsce. Jeśli liczycie na to, że pierwowzór został tutaj dobrze odtworzony (wiadomo - nie da się stworzyć filmu kropka w kropkę identycznego jak książka, ale można w sporym stopniu go odwzorować), to zawiedziecie się i to bardzo.

 

Lek na śmierć to ekranizacja bardzo kiepska, ale jako film wypada naprawdę genialnie. Można w sumie powiedzieć, że reżyser podczas tworzenia tej produkcji zainspirował się książkami Jamesa Dashnera i używając świata, oraz bohaterów, jakich wymyślił Dashner, stworzył swoją własną wersję tej historii. Pomiędzy książkami, a filmem jest naprawdę sporo różnic, co czyni ten film odrębnym tworem - bardzo udanym, bo te prawie dwie i pół godziny minęły mi nawet nie wiem kiedy i podczas oglądania towarzyszyło mi mnóstwo, często sprzecznych ze sobą emocji.


Tutaj było dosłownie wszystko to, co lubię w filmach - dużo akcji, właściwie ciągle coś się działo, genialni bohaterowie, grani przez rewelacyjnych aktorów (i głównie mam na myśli Dylana O'briena, którego ubóstwiam za rolę Stilesa w Teen Wolf'ie), masa zwrotów akcji, humor, wzruszenia, czarne charaktery, które nie cofną się przed niczym, mnóstwo elementów zaskoczenia, zarąbista damska postać jaką była Brenda (w filmowej wersji zdecydowanie bardziej mi się spodobała niż w książkach), dreszczyk emocji, zarąbiście przedstawione relacje między bohaterami - jednym słowem w Leku na śmierć nie zabrakło niczego.


Z całego serca polecam wam obejrzeć trylogię Więzień Labiryntu przeniesioną na ekrany kin. Ta historia zmiecie was z krzeseł, foteli, kanapy gdziekolwiek byście nie byli - ona was powali i nie pozwoli się łatwo podnieść! Poczujcie ten niesamowity dreszczyk emocji, zobaczcie genialną grę aktorską, rewelacyjnie przedstawione sceny walki - mrożące krew w żyłach, zobaczcie Brendę, która dosłownie wymiata, dajcie się ponieść emocjom (przydadzą wam się chusteczki) i nawet nie zauważycie kiedy zleci cały film. Nie nastawiajcie się jednak na dobrą ekranizację, bo zdecydowanie taka nie jest. Je traktuję ten film jako odrębną historię opartą na świecie wykreowanym przez Dashnera w swoich książkach, z takimi samymi bohaterami. Polecam, polecam, polecam - nawet jeśli trylogia nie przypadła wam do gustu, dajcie szansę filmom, bo jest to inna historia, w której niektóre wątki pokrywają się z książkami, ale jest ich naprawdę niewiele. Obejrzyjcie, warto!

                                                             Zwiastun Leku na śmierć:


Udostępnij
Designed by Blokotek. All rights reserved.