Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 sierpnia 2018

Piątek z piątką, czyli 5 ekranizacji, które okazały się lepsze niż książki


Z reguły trzymam się zasady - najpierw książka, potem film. Czasami jednak zdarza mi się zrobić na odwrót, czyli najpierw zobaczyć ekranizację, a potem przeczytać jej papierowy pierwowzór. No i cóż - z tymi ekranizacjami bywa różnie - czasem film właściwie całkowicie różni się od książki, czasem jest do niej bardzo podobny, a zdarza się, że bywa nawet lepszy. Dzisiaj porozmawiamy sobie właśnie o tej trzeciej opcji - kiedy to ekranizacja jest lepsza od książki. Zapraszam na kolejną odsłonę piątku z piątką. :)

W blasku nocy



W tym przypadku zarówno książka jak i film bardzo mi się podobały, jednak o wiele więcej emocji towarzyszyło mi podczas oglądania. Bardzo często w sumie film wyzwala we mnie dużo więcej niż książka. W tym przypadku nawet nie wiedziałam kiedy dobrnęłam do końca filmu - oglądało mi się bardzo szybko i przyjemnie - nie czułam w ogóle upływu czasu. No i na końcówce mocno się wzruszyłam, czego zabrakło mi podczas czytania powieści. Poza tym książka W blasku nocy według mnie została bardzo dobrze zekranizowana, bo większość wątków i scen jakie pojawiały się w filmie, miały miejsce również w książce. Jednak za te emocje jakie wyzwolił we mnie film, to właśnie on wygrywa w starciu ze swoim książkowym pierwowzorem.

13 powodów



Zarówno książka jak i serial podobały mi się, aczkolwiek uważam, że w serialu o niebo lepiej zostały ukazane powody, dla których Hannah zdecydowała się popełnić samobójstwo. Akcja trwa dłużej niż w książce, dzięki czemu więcej się dzieje i jest po prostu ciekawiej. Serial wywołał we mnie sporo emocji, uważam że został bardzo dobrze wyreżyserowany, podobały mi się te wstawki z przeszłości. Sama postać Hannah dużo bardziej do mnie przemawiała w serialu niż w książce. Tytułowe powody zostały bardziej dokładnie przedstawione na ekranie, no i psychika Hannah - w serialu możemy dużo lepiej ją zrozumieć niż podczas czytania książki, w której szczerze powiedziawszy niektóre wątki rozwijały się za szybko, a kilka z powodów były potraktowane tak trochę po macoszemu. Według mnie serial jest zdecydowanie lepszy.

Dawca



W przypadku książki przeszkadzał mi trochę młody wiek bohaterów, czasami ich niektóre zachowania wydawały mi się trochę nieadekwatne do ich wieku. W filmie postacie są starsze przez co ich zachowania wydają się bardziej naturalne. Sam pomysł na to aby przedstawić świat w szarych barwach zasługuje na plus. I podobnie jak wyżej - ekranizacja wywołała u mnie więcej emocji, niż film, działo się więcej ciekawych rzeczy i oglądanie nie było czymś nudnym. Jeśli przeczytaliście już książkę, to polecam wam zapoznanie się z filmem - według mnie jest fajniejszy.

Trzy metry nad niebem



Nie mogłam znaleźć normalnego zwiastuna, więc łapcie filmik z głównymi bohaterami xD

Czytałam tę książek już naprawdę dawno temu. Było to chyba w gimnazjum. Najpierw jednak obejrzałam film, bo wszyscy się nim zachwycali. Był to jeden z najbardziej wzruszających filmów jaki widziałam. Zrobił na mnie spore wrażenie i dołączyłam do grona tych wszystkich osób, którym tak bardzo przypadł do gustu. Potem naszła mnie ochota na książkę i nie wiem czy to dlatego, że najpierw obejrzałam ekranizację, ale od samego początku przeszkadzało mi... inne imię głównego bohatera. :D Pamiętam, że wyjątkowo dłużyło mi się czytanie i nijak nie mogłam się wciągnąć. Ekranizacja okazała się zdecydowanie lepsza.

Marley i ja



Tutaj kocham zarówno film, jak i książkę, ale jeżeli mam wybrać pomiędzy nimi to stawiam na film. Dlaczego? Otóż na filmie ryczałam jak bóbr, pierwszy raz tak bardzo płakałam podczas oglądania - wcześniej takie coś mi się nie zdarzało. Książka nie wywołała u mnie tylu emocji co ekranizacja, poza tym została bardzo dobrze odwzorowana - z tego co pamiętam niewiele było wątków w filmie, które różniły się od tych w książce. Muszę sobie odświeżyć historię Marleya, ale wolę obejrzeć ją na ekranie, niż przeczytać. :)

Tak prezentuje się moja lista, ale teraz dajcie znać jak to u was jest z tymi ekranizacjami - czy w ogóle lubicie je oglądać? Co najpierw książka, czy film?  Trafiliście kiedyś na ekranizację, która waszym zdaniem była lepsza od papierowego pierwowzoru? Bardzo chętnie poczytam wasze komentarze na ten temat, a teraz... miłego piątku! :)

wszystkie filmiki pochodzą z youtube
Udostępnij

sobota, 28 lipca 2018

Filmowa sobota | Colonia, czyli mało znany, ale niezwykle poruszający film

Ostatnio pomyślałam sobie, że można by wprowadzić jakiś nowy cykl postów na bloga. Zauważyłam, że lubicie czytać moje wpisy o filmach, bo nieraz takie się pojawiały, więc stwierdziłam, że mogłabym pisać o nich częściej. Filmowa sobota będzie zatem kolejnym cyklem postów, które będą dotyczyły jak nietrudno zgadnąć filmów, jakie miałam okazję obejrzeć. :) Dzisiaj porozmawiamy sobie o mało popularnej Colonii w reżyserii Floriana Gallenbergera, która zasługuje na zdecydowanie większy rozgłos.


Natknęłam się na ten film na jednym z blogów, które obserwuję, nie pamiętam już gdzie to dokładnie było, ale autorka posta bardzo mnie zaciekawiła tą produkcja i postanowiłam, że chętnie obejrzę ten film, tym bardziej że gra w nim Emma Watson, znana z roli Hermiony Granger z Harry'ego Pottera. Poza tym opis oraz zwiastun filmu były (są) niezwykle interesujące, a że zbliżała mi się matura, to postanowiłam obejrzeć Colonię w nadziei, że znajdę tam jakieś motywy, które mogłyby mi się przydać na polskim. Odpaliłam więc mój dziesięcioletni komputer i zabrałam się za oglądanie.


Akcja rozgrywa się w latach siedemdziesiątych w Chille. Pewnego dnia młody chłopak - Daniel, zostaje porwany przez tajną policję. Jego dziewczyna Lena nie może się pogodzić ze stratą ukochanego i rozpoczyna jego poszukiwania. Trafia do Colonii Dignitas, strzeżonego obozu, w którym żyje sekta na czele z kaznodzieją Paulem Schaferem. Okazuje się, że z tego miejsca jeszcze nikomu nie udało się uciec, a ludzie tworzą swego rodzaju kult i są ślepo wpatrzeni w swojego przywódcę. Aby wyzwolić Daniela, Lena postanawia dołączyć do wyznawców kultu i dostaje się na teren Colonii.


Ten film mocno mną wstrząsnął. Był niesamowicie wciągający, aktorzy bardzo dobrze wcielili się w swoje role, byli bardzo przekonujący. Koniec filmu wycisnął mi łzy z oczu - ta produkcja trzymała w napięciu właściwie od początku do końca. Jest to smutna historia, tym bardziej, że oparta na faktach. Nie mogłam się oderwać od ekranu komputera, z zapartym tchem i wielką ciekawością śledziłam dalsze losy bohaterów, nie mogąc uwierzyć w to co się tam działo. Colonia wywołała we mnie masę emocji. To historia miłosna, w której ukazane jest olbrzymie poświęcenie dla drugiego człowieka, sposób przetrwania oraz piękna i prawdziwa relacja między mężczyzną, a kobietą, którzy bardzo się kochają.


Uważam, że filmy takie jak ten powinny być zdecydowanie bardziej znane. To po prostu trzeba obejrzeć. Gwarantuję, że nie pożałujecie czasu poświęconego na ten film, wciągniecie się nie wiadomo kiedy i potem przez długi czas będziecie o nim rozmyślać. Historia Leny i Daniela poruszy was, uczucie, jakie ich łączy jest niezwykle dobrze ukazane - takie prawdziwe i szczere. Gra aktorska jest bardzo dobra, a cała fabuła po prostu piękna. To proste słowo najlepiej opisuje cały ten film - jest piękny. Jeśli macie chwilę czasu to nie zastanawiajcie się dłużej i obejrzyjcie Colonię - dajcie się poruszyć i poznajcie tę wspaniałą historię, opartą na faktach. Serdecznie polecam!
Udostępnij

niedziela, 15 lipca 2018

Piąta fala - film vs książka

Ta notka powstała już bardzo, bardzo dawno temu, ale kompletnie o niej zapomniałam, a szkoda żeby się zmarnowała w wersjach roboczych, więc publikuję ją dopiero teraz. 😂😂

Dzisiaj mam dla was porównanie pierwszego tomu książki z jej ekranizacją. Muszę przyznać, że obawiałam się trochę filmu, bo słyszałam o nim różne opinie - zarówno te pozytywne, jak i negatywne, więc nie chciałam się rozczarować i dość długo zwlekałam z obejrzeniem. W końcu po przeczytaniu trzeciego (i ostatniego) tomu trylogii, postanowiłam zabrać się za oglądanie. I oto przed wami podsumowanie filmu i porównanie go do książki.


!UWAGA NA SPOILERY!

W pierwszym tomie bardzo lubiłam Cassie i umieściłam ją nawet w spisie moich ulubionych książkowych bohaterek. W drugim tomie zachowywała się irytująco i nad wszystkim musiała sprawować kontrolę, co zaczęło mnie denerwować. Hamowała pozostałych i nie zgadzała się z ich opinią odnoście Evana, a kiedy w trzecim tomie nastąpiła sytuacja z Ringer i Benem, który był po jej stronie, ona demonstracyjnie pokazywała swoje niezadowolenie z obecnej sytuacji. No, ale jej wyczynem na końcu zyskała sobie z powrotem moją sympatię. Okej, a co z filmem?


Nie przepadam za Chloe Grace Moretz i mam wrażenie, że sztucznie gra, poza tym zupełnie inaczej wyobrażałam sobie Cassie. Nie byłam zadowolona kiedy dowiedziałam się, że to ona ma wcielić się w rolę głównej bohaterki. Powiem szczerze, że nie powaliła mnie jej gra aktorska. Za dużo otwartych ust (helloł druga Kiersten Stewart się szykuje? xD), jej miny były bardzo podobne w poszczególnych scenach, a płacz, czy inne emocje, które ukazywała nie były da mnie przekonujące. Ale były też momenty, w których całkiem mi się podobało jej "aktorzenie", więc nie jest najgorzej (chociaż najlepiej też nie xD).


Ben Parrish - wyobrażałam sobie go jako bardziej hmm... męskiego? Nie mam nic do zarzucenia Nick'owi (który wcielił się w rolę Bena) jeśli chodzi o jego grę aktorską, ale uważam, że jego wygląd był zbyt chłopięcy i delikatny jak na Zombie'ego. Do tej roli idealnie mi pasuje Bob Morley z The 100! Hmm, w sumie Eliza Taylor byłaby świetną Cassie, a Lindsey Morgan - Ringer. ^^ Pozostali aktorzy byli dobrze dobrani i nie mam zarzutów co do reszty. Ooo, a aktor grający Evana idealnie mi do niego pasował! I jaki on przystojny! *.*

Zakończenie w książce było tak emocjonujące i zaskakujące, że ledwo nadążałam za przewracaniem kartek! Oj działo się, działo. Wszystko było dokładnie opisane przez autora i dzięki temu bardzo łatwo było mi się wczuć w czytaną powieść i wejść do jej świata. W filmie zakończenie było słabe.


Po pierwsze - zbyt łatwo im to wszystko poszło. Cassie jak gdyby nigdy nic wchodzi sobie do gabinetu (tak to nazwijmy :D) i wali babkę w głowę, dusi ją kablem, potem łatwiutko sobie wychodzi i lata w tę i z powrotem jak podczas biegania na wf. Potem spotyka Bena, który dosłownie na nią wpada i razem uwalniają Sama (niee, to wcale nie podejrzane kiedy nastolatka w ciut za dużym mundurze zabiera nagle małego chłopca z tłumu i wybiega z nim przez drzwi). Przecież to wcale nie było dziwne i wcale nie rzucało się w oczy! Szkoda, że nie poszli sobie spacerkiem, po co było biec i tak nikt niczego nie zauważył! xD

Żeby nie było - film mi się podobał. Oprócz tych minusów, które wymieniłam u góry był naprawdę bardzo ciekawy i nie żałuję, że go obejrzałam, jednak prawda jest taka, że nie umywa się do książkowego pierwowzoru. Nie jest to obowiązkowa filmowa pozycja, ale w wolnym czasie można sobie obejrzeć, tym bardziej jeśli lubi się klimaty obcych i zagłady świata.

Moja ocena książki: 8/10
Moja ocena filmu: 5/10
Udostępnij

poniedziałek, 28 maja 2018

Beznadziejna ekranizacja, ale rewelacyjny film - Lek na śmierć

Przede mną najdłuższe wakacje w moim życiu - skończyłam liceum 27 kwietnia i przez najbliższych kilka miesięcy szkoła odpadła z listy moich obowiązków. Dlatego też mam sporo czasu, żeby ponadrabiać filmowe i książkowe zaległości. Ostatnio postanowiłam coś obejrzeć. Nie przepadam za oglądaniem filmów, bo trochę szkoda mi na nie czasu, ale tym razem ciekawość zwyciężyła i odpaliłam Lek na śmierć na moim super wolno chodzącym internecie. Przyznam szczerze, że trochę mnie przeraziła długość filmu - prawie dwie i pół godziny, ale stwierdziłam, że w razie czego, to będę omijać nudne fragmenty, albo po prostu wyłączę film. I nawet nie zauważyłam kiedy minął ten czas - Lek na śmierć to absolutnie wciągająca produkcja pełna zwrotów akcji, zapierająca dech, ale....



... ale jednocześnie beznadziejna ekranizacja książki. Wątki, które pojawiają się i w filmie i w książce można policzyć na palcach jednej ręki. W sumie nie tylko w przypadku tej części tak jest, bo to samo mamy w poprzednich dwóch, czyli w Próbach ognia, oraz Więźniu Labiryntu (tutaj chyba najwięcej wątków pojawia się zarówno w książce jak i w filmie, ale i tak nie jest ich jakoś dużo). Jeśli miałabym stworzyć ranking najgorszych książkowych ekranizacji, to filmy z serii Więzień Labiryntu zajęłyby pierwsze miejsce. Jeśli liczycie na to, że pierwowzór został tutaj dobrze odtworzony (wiadomo - nie da się stworzyć filmu kropka w kropkę identycznego jak książka, ale można w sporym stopniu go odwzorować), to zawiedziecie się i to bardzo.

 

Lek na śmierć to ekranizacja bardzo kiepska, ale jako film wypada naprawdę genialnie. Można w sumie powiedzieć, że reżyser podczas tworzenia tej produkcji zainspirował się książkami Jamesa Dashnera i używając świata, oraz bohaterów, jakich wymyślił Dashner, stworzył swoją własną wersję tej historii. Pomiędzy książkami, a filmem jest naprawdę sporo różnic, co czyni ten film odrębnym tworem - bardzo udanym, bo te prawie dwie i pół godziny minęły mi nawet nie wiem kiedy i podczas oglądania towarzyszyło mi mnóstwo, często sprzecznych ze sobą emocji.


Tutaj było dosłownie wszystko to, co lubię w filmach - dużo akcji, właściwie ciągle coś się działo, genialni bohaterowie, grani przez rewelacyjnych aktorów (i głównie mam na myśli Dylana O'briena, którego ubóstwiam za rolę Stilesa w Teen Wolf'ie), masa zwrotów akcji, humor, wzruszenia, czarne charaktery, które nie cofną się przed niczym, mnóstwo elementów zaskoczenia, zarąbista damska postać jaką była Brenda (w filmowej wersji zdecydowanie bardziej mi się spodobała niż w książkach), dreszczyk emocji, zarąbiście przedstawione relacje między bohaterami - jednym słowem w Leku na śmierć nie zabrakło niczego.


Z całego serca polecam wam obejrzeć trylogię Więzień Labiryntu przeniesioną na ekrany kin. Ta historia zmiecie was z krzeseł, foteli, kanapy gdziekolwiek byście nie byli - ona was powali i nie pozwoli się łatwo podnieść! Poczujcie ten niesamowity dreszczyk emocji, zobaczcie genialną grę aktorską, rewelacyjnie przedstawione sceny walki - mrożące krew w żyłach, zobaczcie Brendę, która dosłownie wymiata, dajcie się ponieść emocjom (przydadzą wam się chusteczki) i nawet nie zauważycie kiedy zleci cały film. Nie nastawiajcie się jednak na dobrą ekranizację, bo zdecydowanie taka nie jest. Je traktuję ten film jako odrębną historię opartą na świecie wykreowanym przez Dashnera w swoich książkach, z takimi samymi bohaterami. Polecam, polecam, polecam - nawet jeśli trylogia nie przypadła wam do gustu, dajcie szansę filmom, bo jest to inna historia, w której niektóre wątki pokrywają się z książkami, ale jest ich naprawdę niewiele. Obejrzyjcie, warto!

                                                             Zwiastun Leku na śmierć:


Udostępnij

poniedziałek, 12 lutego 2018

Honig im Kopf - niesamowity, niemiecki film, z dużą dawką humoru i wzruszeń!

Nie lubię oglądać filmów. Uważam, że czas spędzony na oglądanie mogłabym poświęcić na coś dużo bardziej produktywnego. Jednak czasem oglądamy filmy w szkole. Jednym z takich filmów był Honig im Kopf - Miód w głowie. Jest to niemiecka produkcja, którą oglądaliśmy właśnie na niemieckim i tak bardzo mi się spodobała, że postanowiłam napisać o niej kilka słów na blogu i być może zachęcić was do obejrzenia tego wspaniałego filmu.


Honig im Kopf opowiada o starszym panu, który ma Alzheimera. Mieszka on ze swoim synem, jego żoną i swoją wnuczką. Kiedy dziewczynka dowiaduje się o chorobie dziadka postanawia zrobić wszystko co w jej mocy aby ukochany dziadek cieszył się życiem, korzystał z niego w pełni, był szczęśliwy i spędzał cudowne i niezapomniane chwile. W tym celu zabiera go na wycieczkę do Wenecji, skąd mężczyzna ma pełno wspaniałych wspomnień związanych ze swoją zmarłą żoną.


Zawsze gdy oglądaliśmy jakieś filmy na lekcjach niemieckiego, przysypiałam w ławce bo były one po prostu nudne. Nie nastawiałam się na nic lepszego i w tym przypadku. Ale oglądałam kątem oka i coraz bardziej się wkręcałam w tę historię, a kiedy zadzwonił dzwonek nie mogłam uwierzyć, że lekcja minęła tak szybko i muszę czekać całe trzy dni żeby kontynuować oglądanie na najbliższym niemieckim.


Ten film to emocjonalna mieszanka wybuchowa. Najpierw się śmiejesz, zaraz potem płaczesz, a kilka ujęć później znów się śmiejesz i ocierasz łzy, które chwilę temu pojawiły się ze wzruszenia. To opowieść o tym, że wszystko jest możliwe, jest to wspaniała lekcja życia, pełna ciepła i miłości. W tej historii ukazany jest niesamowity obraz rodziny, a zwłaszcza wyjątkowa relacja między wnuczką, a jej dziadkiem. Czuć było ogromną miłość jaką darzy siebie ta dwójka, było to po prostu piękne.

Honig im Kopf pokazuje nam, że nawet jeśli wydaje się, że wszystko jest stracone, że najwyższy czas olać wszystko i iść na łatwiznę, nie wolno się po prostu poddać - musimy walczyć i wierzyć - przede wszystkim wierzyć - w to, że wszystko jakoś się ułoży. Trzeba czerpać z życia całymi garściami, robić rzeczy szalone i niemożliwe, nie przejmować się opinią innych i otaczać się ludźmi, którzy nas kochają i wspierają, dzielić się z nimi wspomnieniami i tworzyć z nimi nowe. Wracać czasem do przeszłości i do pięknych chwil i starać się nie myśleć o tym co było złe i przykre.


Jeśli nie oglądaliście tego filmu to nie pozostaje mi nic innego jak jeszcze raz gorąco was do tego zachęcić. Honig im Kopf zostanie w waszej pamięci na długi czas, historia przedstawiona w filmie jest przepiękna, wzruszająca i nie ma bata żebyście szybko o niej zapomnieli. Na sto procent kiedyś jeszcze raz to obejrzę i szkoda, że jest dość cicho o tym filmie (bo nigdy wcześniej o nim nie słyszałam, ani nikt z mojego otoczenia wcześniej tego nie oglądał), bo jest po prostu niesamowity. Dajcie się oczarować pięknej historii z głębokim przesłaniem, które być może zmieni coś w waszym życiu. To jeden z filmów wobec których nie da się być obojętnym, bo chwyta za serce i nie chce puścić. I pamiętajcie o chusteczkach - na otarcie łez ze śmiechu i wzruszenia! :)

Udostępnij

środa, 26 kwietnia 2017

Piękna i Bestia - to jest niesamowite! ♥♥♥

Uwielbiam bajki Disney'a. Piękna i Bestia jest jedną z moich ulubionych, dlatego musiałam obejrzeć jej najnowszą wersje, a jeszcze jak się dowiedziałam, że gra tam Emma Watson, która chyba już zawsze będzie mi się kojarzyła z Hermioną z Harry'ego Potter'a, stwierdziłam, ze nie ma bata - idę do kina! Teraz mam dla was moją opinię tego rewelacyjnego filmu i przygotujcie się na masę zachwytów oraz lekki bałagan, bo naprawdę ciężko mi pozbierać te wszystkie emocje jakie mi towarzyszyły podczas oglądania, żeby w miarę logicznie to brzmiało, ale mam nadzieję ze mi wybaczycie ten lekki bajzel - to było tak genialne, że aż nie mogę sklecić ładnych kilku zdań bez przejawu fangirlingu (nawet nie wiem czy jest takie słowo xD) tym filmem. Nie przedłużam, zapraszam na moją lekko nieogarnietą opinię o tym pięknym filmie! :)
Obejrzałam to cudo wczoraj i teraz cały czas nucę sobie w myślach piosenki i mam przed oczami najlepsze sceny. Bardzo mi się podobało to, że - w przeciwieństwie do pierwowzoru - tutaj była historia mamy Belli, oraz to co się z nią stało. Była również krótka wzmianka o rodzicach Bestii! <3 I szczerze mówiąc żałuję, że to było tylko kilka sekund, chętnie zobaczyłabym więcej scen z dzieciństwa Bestii. A skoro już przy nim jestem - raany, jaki on był czarujący! <3 Nawet jeszcze bardziej niż w bajce. I w ogóle jako Bestia był baardzo przystojny, nawet bardziej niż jako książę po przemianie. xD
Aktorzy po prostu świetnie się spisali. Każdy wczuł się w swoją postać i widać, że włożyli w tą produkcję całe serce - wszyściutko było dopięte na ostatni guzik. A efekty wizualne! Oooo ludzie - coś wspaniałego, zwłaszcza ta scena z Płomykiem i Bellą w jadalni - te wszystkie animacje wyglądały po prostu magicznie! <3 Pałac Bestii był przepiękny - te wszystkie pokoje, a sala balowa - brak słów, to po prostu trzeba zobaczyć. Oglądając to cudo czułam się jakbym była uczestnikiem wydarzeń - jakbym była księżniczką. <3 :P Praktycznie zapomniałam o tym że jestem w kinie (tylko siedzenia mi o tym przypominały, bo siedziało mi się trochę niewygodnie i pod koniec zaczął mnie boleć tyłek. xDD), bo tak bardzo wczułam się w tę historię.
W filmowej wersji bardzo polubiłam Le Fou (to ten "przyjaciel" Gaston'a jakby ktoś nie wiedział ;)), którego bardziej wysunięto z cienia Gaston'a (ahh - Gaston - cóż to był za bohater - irytujący, ale jednocześnie i potrzebny, bez niego to nie byłoby to samo - a aktor, który wcielał się w jego rolę zagrał go perfekcyjnie! <3). A to naprawdę w porządku gość (Le Fou, nie Gaston xD) - i do tego zabawny! xD A skoro o tym mowa - ahh, ile razy ja się śmiałam podczas oglądania - a raczej mi się to nie zdarza podczas oglądania filmów, a na pewno nie aż tak często jak w tym przypadku! Przyjaźń pomiędzy Płomykiem, a Trybikiem była po prostu przepiękna i niezwykła - bardzo polubiłam te dwie postacie, nawet bardziej niż w bajce! <3 No i oczywiście nie zapomnę o pozostałych meblach i tacie Belli - oni również byli wspaniali! A koniec - jakie to było smutne! <33 No łezka mi się w oku zakręciła - to było przepiękne! <3 Awwwww! *.* <33
Piękna i Bestia wywołała u mnie mnóstwo emocji. To cudowny film, z wspaniałą obsadą aktorską, perfekcyjnie odwzorowany od animowanego pierwowzoru, nawet z dodatkowymi scenami, których w bajce nie było, a które okazały się bardzo ciekawe. To historia zabawna, wzruszająca, smutna, wesoła - po prostu piękna! <3 Niezapomniana, wspaniała i magiczna. Jedyny minus jakiego się doszukałam w filmie to dubbing - nie bardzo mi pasował głos jaki podłożono dla Bestii i w niektórych momentach też dla Belli. No i wolałabym chyba, żeby niektóre piosenki zostawili w oryginale, a nie tłumaczyli, ale to tylko taki maleńki szczególik. ;)
Baaardzo Wam polecam ten film - jeśli jesteście fanami bajek Disney'a to już w ogóle, a jeśli nimi nie jesteście - to też wam polecam xD, bo naprawdę warto obejrzeć tak niesamowitą produkcję, pełną magii i wzruszeń. To był majstersztyk, coś wspaniałego i kiedy tylko będzie dostępny ten film w internecie obejrzę go jeszcze raz (ewentualnie 10 razy xDD). Powiem szczerze, że film podobał mi się nawet ciut bardziej niż bajka, a piosenki nucę do tej pory. Serdecznie polecam <333 To jest po prostu piękne. <3
-----
A dla chętnych - zapraszam na konkurs, który trwa jeszcze do 1 maja, gdzie możecie wygrać egzemplarz książki "Był sobie pies". :) ----> konkurs tutaj :)

Oooo i łapcie piękną piosenkę z filmu (jedna z moich ulubionych <33):

Oglądaliście już Piękną i Bestię? Jak wrażenia? A jeśli nie - planujecie obejrzeć? :)
Udostępnij

środa, 7 grudnia 2016

Cyrk motyli - niezwykłe 20 minut

20 minut to niewiele czasu. Ktoś mógłby powiedzieć, że to zaledwie niewielki ułamek doby, tygodnia, roku. W 20 minut można zjeść obiad, odrobić lekcje, albo obejrzeć śmieszny filmik na Youtube. Można też przewrócić się i złamać nogę, spowodować wypadek, dostać przykrą wiadomość albo... Albo obejrzeć niezwykły krótkometrażowy film z przesłaniem, który sprawi że uwierzysz w siebie, zmotywujesz się do działania i będziesz chciał się zmienić. Zapraszam do Cyrku Motyli.

 

Pan Mendez podróżuje wraz ze swoją ekipą cyrkową po Ameryce. Pewnego dnia za namową małego chłopca odwiedzają spotkany po drodze cyrk. Jest tam wiele atrakcji, między innymi namiot dziwadeł. W namiocie czuć smutek i przygnębienie wyżej wspomnianych "dziwadeł", bo są to ludzie. Tak, ludzie - tacy zwyczajni, jak ty, czy ja, tyle że z pewnymi niedoskonałościami. W tym namiocie jest też Will - mężczyzna bez kończyn - zrezygnowany, zmęczony życiem i smutny człowiek który stracił nadzieję. Pan Mendez postanawia mu pomóc. 


 

"Czasami jesteśmy już o włos od osiągnięcia wymarzonego celu, jednak w ostatniej chwili coś się nie udaje. To jednak nie powód, by się poddać. O porażce można mówić dopiero wtedy, gdy rezygnujemy z podjęcia kolejnej próby."

 

Oglądałam ten film w szkole i zaraz po skończeniu przyszło mi do głowy żeby napisać o nim parę zdań na blogu. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałam, a sądzę, że warto go obejrzeć ze względu na przesłanie jakie ze sobą niesie. To historia o tym, że musisz walczyć o siebie i swoje szczęście. Nikt inny tego za ciebie nie zrobi. Film pokazuje, że właściwie wszystko jest możliwe, nawet jeśli sytuacja wydaje się beznadziejna.


 

"Im cięższa jest walka, tym wspanialsze zwycięstwo."

 

Ten film to kubeł zimnej wody wylany na moją głowę. Pokazał mi, ze czas się otrząsnąć i zacząć robić coś odważnego, realizować marzenia i nigdy, przenigdy nie mówić, że czegoś nie dam rady. Najgorsze co możemy zrobić to wmawiać sobie, że i tak to czy tamto nam się nie uda. Człowiek jest w stanie zrobić wszystko - wykraczać poza własne granice - nic nie jest niemożliwe - trzeba tylko chcieć, wierzyć, ze się uda i walczyć.


 

"Nie można być człowiekiem szczęśliwym i spełnionym, jeśli strach paraliżuje nas, gdy tylko mamy podjąć ważną decyzję. Strach podcina skrzydła i nie pozwala nam w pełni wykorzystać naszego potencjału."

 

Ta historia zmusza do refleksji i zastanowienia się nad własnym życiem. Daje nadzieję oraz otwiera nam oczy na tyle możliwości, które tylko czekają aby je wykorzystać. Pokazuje, ze piękno można znaleźć wszędzie, trzeba tylko umieć go szukać. To wbrew wszystkiemu pozytywna opowieść, a łzy które się pojawiają podczas seansu, to łzy szczęścia. Uważam, że moje życie stało się lepsze przez obejrzenie Cyrku motyli i pisząc moją opinie o filmie staram się zachęcić was do obejrzenia go. To tylko (albo aż) 20 minut, które może zmienić wasze poglądy na pewne sprawy i pokazać, jak wielkich rzeczy jesteśmy w stanie dokonać. Jeszcze raz - polecam! :)
Udostępnij
Designed by Blokotek. All rights reserved.