Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/10. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 listopada 2021

Nawiedzony dom, tajemnice, Meksyk | "Mexican Gothic"

W momencie kiedy piszę te słowa, Mexican Gothic jest jedną z najbardziej popularnych książek na bookstagramie i booktubie.Mnóstwo osób zachwyca się wyjątkowo mrocznym, wręcz zgniłym klimatem tej historii, nietuzinkową bohaterką i niespodziewanym zwrotem akcji. W dzisiejszej recenzji przedstawię Wam moją opinię na ten temat, bo postanowiłam na własnej skórze przekonać się czy Mexican Gothic zasługuje na tak olbrzymią popularność. Zapraszam. :)

Udostępnij

poniedziałek, 31 maja 2021

Historia pewnej nieustraszonej księżniczki...| Zefiryna i księga uroków

Będąc w gimnazjum i dopiero wkraczając w świat książek, wyjątkową sympatią darzyłam historie o księżniczkach, powieści rozgrywające się w pałacach, z dworskimi intrygami, rycerzami, surowymi władcami i pięknymi sukniami. Jedną z moich ulubionych serii w tamtym okresie były Rywalki. Po kilku latach wyrosłam już z tego typu literatury, ale kiedy zobaczyłam opis Zefiryny i księgi uroków, poczułam że strasznie chcę przeczytać tę książkę i przenieść się trochę w czasie do nastoletnich lat, kiedy to opowieści o księżniczkach sprawiały mi niesamowitą frajdę. Takim oto sposobem, Zefiryna trafiła w moje ręce. :)

Udostępnij

wtorek, 9 marca 2021

Mój pierwszy przeczytany reportaż | Z miłości? To współczuję. Opowieści z Omanu

Jestem zdania, że każdy powinien raz na jakiś czas wyjść ze swojej strefy komfortu i zrobić coś, czego zwykle nie robi. Czy to zjedzenie jakiejś nietypowej potrawy, wyjazd w miejsce, do którego może nie bardzo nas ciągnie, spróbowanie jakiejś nowej aktywności sportowej... albo przeczytanie książki z nieczytanego dotąd gatunku. Do reportaży ciągnąć mnie zaczęło może z pół roku temu, za sprawą Zuzy z kanału Zaksiążkowane. Postanowiłam się przekonać czy to będzie gatunek dla mnie i takim oto sposobem sięgnęłam po Z miłości? To współczuję.

Udostępnij

wtorek, 20 października 2020

Historia miłosna w czasach wojny | Wojenna miłość

Ostatnio coraz częściej sięgam po powieści, które poruszają tematykę wojenną. Przeglądając ofertę Taniej Książki natknęłam się na powieść, o której dziś troszkę Wam opowiem, a mianowicie Wojenną miłość. Opis tej pozycji dosyć mocno mnie zaintrygował, więc stwierdziłam, że bardzo chętnie się za nią zabiorę. Mimo tego, iż nie jest to historia bez wad, i tak uważam, że jest godna polecenia i warta uwagi, szczególnie jeśli lubicie książki opowiadające o drugiej wojnie światowej.

W sercu okupowanej przez nazistów Europy następuje przypadkowe, przelotne spotkanie dwóch osób. Jedną z nich jest bojowniczka ruchu oporu; drugą jeniec wojenny. Wymięty liścik, który trafił do jego rąk, kieruje tych dwoje nieznajomych na kurs, który na zawsze odmieni ich życie.

"Wojenna miłość" to prawdziwa historia Josefine Lobnik i Bruce’a Murraya, którzy dzięki niemal niemożliwym zbiegom okoliczności, pośród brutalnej wojny, odkrywają miłość.

To opowieść o wielkiej odwadze, brawurowych ucieczkach, zdradzie, torturach i odwecie.

To niezwykła historia ich miłości, która przetrwała na przekór wszystkiemu.

To niezwykła relacja dwojga zwykłych ludzi żyjących w niewyobrażalnie barbarzyńskim reżimie Hitlera.

 

Akcja książki rozpoczyna się w momencie kiedy Josefine i Bruce spotykają się po raz pierwszy. Nie jest to zwykłe spotkanie, bowiem dziewczyna szalenie martwi się losami brata, o którym słuch zaginął i nikt nie wie co się z nim stało, a Bruce został jeńcem wojennym i trafił w ręce wroga. Powieść pisana jest z dwóch perspektyw, które momentami łączą się w jedną. Dzięki temu śledzimy losy zarówno Josefine, jak i Bruce'a i mamy okazję zaobserwować w jaki sposób znaleźli się w takim, a nie innym położeniu. Autor zręcznie przeskakuje z jednego punktu widzenia, do drugiego i daje nam możliwość stopniowego poznawania głównych bohaterów, którzy są niezwykle odważnymi i dającymi się lubić postaciami.

Na początku tej recenzji, wspomniałam Wam o tym, że w tej książce nie brakuje wad. Jedną z nich jest... nuda. O ile pierwsze kilka rozdziały były naprawdę interesujące i trzymały w napięciu, a o tyle gdzieś w połowie książki zaczęłam się nudzić. Akcja zdecydowanie zwolniła, a ja przestałam czerpać radość z czytania tej pozycji. Mniej więcej w środku książki zaczęłam powątpiewać w to, iż finalnie dam jej pozytywna ocenę, bo naprawdę niezbyt wiele się w moim odczuciu działo. Na szczęście w pewnym momencie akcja znów ruszyła, a ja zyskałam pewność że czytanie Wojennej miłości nie będzie stratą czasu.


Na okładce książki widać, iż poleca ją autorka Tatuażysty z Auschwitz (ta książka kompletnie mi się nie podobała, byłam nią zawiedziona i rozczarowana tym, jak autorka wybieliła okrutną wojenna rzeczywistość ukazując ją w całkiem niezłym świetle), pisząc że jest to miłosna historia, której nigdy nie zapomni. Poniekąd zgadzam się z tym stwierdzeniem, bo historia Josefine i Bruca jest (pomimo brutalnych, wojennych czasów, w których rozgrywa się akcja powieści) piękna. Najbardziej niesamowite jest to, że jest to książka oparta na faktach i opowiada losy ludzi, którzy istnieli naprawdę i przeżyli to piekło jakim była wojna, przy okazji odnajdując miłość. Ten fakt chyba najbardziej mnie poruszył, bo jakby nie patrzeć, okoliczności w jakich spotkali się nasi bohaterowie były bardzo niecodzienne, a fakt że te same osoby, spotkały się później w zupełnie innym miejscu niż pierwotnie, sprawia że człowiek zaczyna wierzyć w przeznaczenie.

Pomimo tego, że Wojenna miłość mniej więcej w połowie jest dosyć nudna, a akcja zdecydowanie zwalnia tempa i przez kilka rozdziałów wlecze się dosyć mocno, to i tak uważam, że warto przeczytać tę książkę. Historia Josefine i Bruca jest naprawdę piękna, a uczucie miedzy nimi niezwykle mocne. Nie brakuje tutaj opisów okrutnych zbrodni dokonywanych w czasach wojny, autorka szczegółowo i dokładnie opisała okropności z jakimi musieli się mierzyć bohaterowie, przez co nie jest to powieść dla każdego. Niemniej jednak, fanom literatury wojennej i romansów powinna przypaść do gustu. Mimo pary zgrzytów jest to pozycja warta polecenia i ciesze się, że zdecydowałam się po nią sięgnąć.


Wojenną miłość oraz inne nowości znajdziecie na Taniej Książce :)



Udostępnij

niedziela, 16 września 2018

Książka za 5 zł! | Restart

Restart to książka, którą zdobyłam zupełnie przypadkowo. Podczas zakupów w Biedronce zauważyłam ją w koszu z książkami i kiedy zobaczyłam, że kosztuje dokładnie 4,99, to nie wahałam się i włożyłam ją do koszyka. Długi czas stała na mojej półce, mimo tego że jest cienką książką, ale zawsze miałam pod ręką coś innego, albo brakowało mi weny i ochoty żeby po nią sięgnąć. No, ale w końcu doczekała się swojej kolejki i jeśli jesteście ciekawi jakie wrażenie na mnie wywarła, to zapraszam do czytania. :)


W książce Amy Tindera, śmierć człowieka, nie oznacza końca jego życia. Zdarza się, że osoba powraca po swojej śmierci. Restartuje i zyskuje dzięki temu nowe umiejętności - szybkość, siłę, umiejętność błyskawicznej regeneracji, a zabić może ją jedynie postrzelenie w głowę. Umiejętności te są większe u osób, które długo były martwe. Wren była martwa 178 minut. Jest to rekord, dziewczyna pracuje dla Korporacji Odnowy i Rozwoju Populacji i jest żołnierzem, wykonuje każdy rozkaz. Callum restartował po zaledwie 22 minutach. Jest to bardzo słaby czas, ale Wren postanawia wyszkolić chłopaka na dobrego żołnierza. Jednak Callum za dużo mówi... A gadulstwo oznacza śmierć...

Restart to książka, która pomimo tego, że jest dość krótka, dłużyła mi się. W pewnym momencie miałam wrażenie, że stoję w miejscu i w sumie nie wiem czym było to spowodowane, bo styl autorki był dość lekki, nie było zbyt wiele opisów, a mimo to czytanie szło mi tak topornie. Fabuła była ciekawa, pojawiały się zwroty akcji, aczkolwiek nie było to nic powalającego i sądzę, że dość szybko zapomnę o tej powieści, tym bardziej, że nie posiadam drugiego tomu i nie mam w planach go kupować.


Wren to typ bohaterki, która dość często przejawia się w książkach dla młodzieży - zbuntowana, silna, niezależna. Niby wie czego chce, jest bezwzględna, twarda.... Jednak wszystko ulega zmianie kiedy na horyzoncie pojawia się chłopak... Callum jest trochę ciapowaty, inni się z niego wyśmiewają, ma jednak w sobie pogodę ducha, jest optymistą i nie wykonuje rozkazów, które są sprzeczne z jego sumieniem. Chłopak przypomina Peetę z Igrzysk Śmierci. W sumie Wren też jest trochę podobna do Katniss, więc mamy tutaj widoczne podobieństwo do trylogii Suzanne Collins. Bardzo urocze było to, jak Wren opiekowała się Callumem, chociaż początkowo nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Od pierwszego spotkania chłopak zapadł jej w pamięć i z czasem robiła dla niego wiele rzeczy, o jakich wcześniej nawet by nie pomyślała.

Pisząc opinię o tej książce muszę wam wspomnieć o pewnym może mało istotnym, ale zauważalnym elemencie. Otóż w książce prowadzona jest narracja pierwszoosobowa i zdarzyło się kilka razy, że Wren raz wypowiadała się jako kobieta, a raz jako mężczyzna. Mam tutaj na myśli słowa typu "powiedziałam, powiedziałem". Mam nadzieję, że wiecie mniej więcej o co mi chodzi. Nie było to dość częste, ale zdarzało się i było troooszkę irytujące i dezorientujące.


Restart to książka, która nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle innych młodzieżówek, czy też powieści fantastycznych. Postacie są podobne do bohaterów z Igrzysk Śmierci i myślę, że dość szybko o nich zapomnę, tak samo jak o całej fabule. Jednak uważam, że warto się za nią rozejrzeć, jeśli akurat macie ochotę na tego typu lekturę, bo jest to całkiem ciekawa, wciągająca historia. Niby nic odkrywczego, ale uważam, że nada się na nadchodzące jesienne wieczory. :)
Udostępnij

piątek, 29 czerwca 2018

Córka złodzieja - syndrom drugiego tomu, czy udana kontynuacja?

Pisząc o Trucicielce królowej, czyli pierwszym tomie cyklu Królewskie Źródło stwierdziłam, że seria ta może okazać się naprawdę interesująca i dobra i chętnie poznam kontynuację w postaci drugiej części, jaką jest omawiana dzisiaj Córka złodzieja. Jeśli jesteście ciekawi czy Jeff Wheeler utrzymał poziom to zachęcam do przeczytania mojej recenzji. :)


Owen Kiskaddon nie jest już małym chłopcem. Po latach szkolenia się na Północy, młody chłopak ma przed sobą swoją pierwszą bitwę, w której sprawdzi się jako dowódca. Jako diuk Marchii Zachodniej cieszy się uznaniem i szacunkiem ze strony króla Severna. Jednak nadciąga niespodziewane zagrożenie podczas którego Owen będzie poddany próbie lojalności. Chłopak jest zakochany w przyjaciółce z dzieciństwa - Evie - ale wie, że szansa na szczęśliwą przyszłość u jej boku jest niewielka. Na horyzoncie pojawia się tytułowa córka złodzieja, której tożsamość będziecie mogli poznać w trakcie lektury. Czy Owen dokona mądrych wyborów? Czy będzie szczęśliwy u boku Evie?

Pierwsza połowa tej książki strasznie mi się dłużyła. Czytałam, czytałam i miałam wrażenie, że cały czas stoję w miejscu. W sumie to niezbyt wiele się działo z początku i było sporo nudnych opisów, które starałam się omijać wzrokiem. Przez ten słaby początek, przeczytanie tej powieści zajęło mi dosyć dużo czasu, bo nie mogłam się skupić na czytaniu, a moje myśli były zupełnie gdzieś indziej. Na całe szczęście druga połowa zaczęła zdecydowanie przyspieszać - było mniej nudnych faktów z historii świata przedstawionego w tej serii, zaczęło się dziać dużo więcej rzeczy, dzięki czemu koniec końców mogę powiedzieć, że czuję się zachęcona do sięgnięcia po dalsze części przygód Owena, a powiem wam, że byłam co do tego sceptycznie nastawiona na początku.


Owen Kiskaddon - w pierwszym tomie mały, zagubiony i nieśmiały chłopiec. Tutaj spotykamy go po latach, kiedy stał się mężczyzną i genialnie wyszkolonym żołnierzem, który jest gotów poświęcić życie dla dobra sprawy, dla którego lojalność jest wyjątkowo istotna, i który musi zmierzyć się z dużo poważniejszymi problemami niż w dzieciństwie. Zniknął tamten zagubiony chłopczyk, pojawił się mężczyzna, który niby wie czego chce, ale czasem nie potrafi tego pokazać. Evie również się zmieniła, choć w jej przypadku zmiana ta nie jest aż tak widoczna jak w przypadku Kiskaddona. Stała się kobietą, która potrafi podporządkować sobie ludzi, ale robi to w sposób subtelny i pokojowy. Jest waleczna, żywiołowa i szalona, choć czasem może zbyt lekkomyślna. Wolałam ją chyba w pierwszym tomie, tutaj były momenty kiedy mnie irytowała.

Jeśli mowa o irytowaniu... Niestety nie obyło się bez tego. Sam początek, który jak już wspomniałam dłużył mi się i był dość nudnawy, jest pierwszą rzeczą, która denerwowała mnie podczas czytania. Kolejną taką rzeczą są imiona i nazwiska, na które zwróciłam uwagę już przy okazji omawiania tomu pierwszego. Musicie wiedzieć, że autor powymyślał sobie naprawdę dziwne i ciężkie do wymówienia, a co dopiero do zapamiętania imiona i nazwiska niektórych bohaterów. Było to frustrujące, bo czasem zdarzało mi się że już nie pamiętałam kto był i kim i co zrobił.


W tytule tego posta postawiłam pytanie czy Córka złodzieja jest przykładem syndromu drugiego tomu, czy może udaną kontynuacją i powiem wam, że po części jest i tym, i tym. Na pewno ten nieszczęsny początek wypadł bardzo słabo na tle Trucicielki królowej, ale druga połowa na szczęście wszystko nadrabia, przez co nie mogę powiedzieć, że ten tom był gorszy od poprzedniego. Powiedziałabym, że autor stoi na tym samym poziomie z niewielką tendencją spadkową, ale myślę, że po trzecim tomie Królewskiego Źródła rozwieją się moje wątpliwości (mam taką nadzieję) co do tej serii i będę mogła jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie czy jest ona dobra. Na tę chwilę sami musicie się przekonać, czy seria Jeffa Wheelera wam się spodoba i czy macie ochotę po nią sięgnąć. Jest to ciekawa historia, ale nie należy do takich, które koniecznie trzeba poznać, jednak mile spędziłam czas podczas lektury tych dwóch pierwszych tomów i chętnie przeczytam kolejny. :)

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Jaguar :)


Udostępnij

wtorek, 15 maja 2018

Margo, czyli książka, której do końca nie rozumiem

W Bone jest dom. W domu mieszka dziewczyna. W dziewczynie mieszka ciemność.


Margo ma naprawdę porąbane życie. Jej matka sprzedaje swoje ciało i traktuje córkę jak służącą. Dziewczyna właściwie nie wie co to normalna rodzina - nawet swój dom nazywa pożeraczem, nie cierpi go, podobnie jak całego miasteczka, czuje że jej życie zmierza w naprawdę beznadziejnym kierunku. Jej światopogląd nieco się zmienia gdy pozdaje Judaha - chłopaka z sąsiedztwa, który porusza się na wózku inwalidzkim. Jak ta znajomość wpłynie na losy bohaterki? Czy przezwycięży ona mrok, który skrywa głęboko w sobie?

Margo to dość specyficzna książka. Szczerze powiedziawszy, sama do końca jej nie rozumiem i nie wiem co myśleć o zakończeniu. Jest to powieść, o młodej osobie, która zmaga się z otaczającym ją światem, pełnym przemocy, nienawiści, obojętności. Bone to niezwykle niebezpieczne miasteczko - pełne marginesu społecznego - narkotyki, przemoc domowa, prostytucja są tutaj czymś normalnym, nikt na to nie zwraca większej uwagi. Dorastanie w takim miejscu na stałe odciska piętno w umyśle Margo. Właśnie to jest głównym wątkiem książki - cała historia skupia się na psychice głównej bohaterki i zmianach w jej zachowaniu, postrzeganiu świata i ludzi.


Zakończenie powieści było dla mnie dość nietypowe. Po raz pierwszy po skończeniu czytania zastanawiałam się, co się tutaj tak właściwie wydarzyło - jak w końcu wygląda ta opowieść, co jest prawdą w tej historii, a co tylko zostało wyobrażone przez główną bohaterkę? Szczerze to do tej pory nie wiem jak interpretować to zakończenie - pod koniec po prostu się pogubiłam i coraz mniej z tego wszystkiego rozumiałam. Autorka spowodowała, że miałam niemały mętlik w głowie i w sumie to nie do końca wiem co myśleć o tej książce.

Margo to powieść, w której główną rolę gra - jak już wcześniej wspomniałam - umysł i psychika głównej bohaterki. Przez całą historię obserwujemy zmiany jakie zachodzą w dziewczynie - śledzimy jej tok rozumowania, jesteśmy świadkami rzeczy jakich się dopuszcza, obserwujemy jej przemianę - ze spokojnej, nieśmiałej i lekko otyłej trzynastolatki, zmienia się w pewną siebie, atrakcyjną kobietę, która po obraniu sobie określonego celu zrobi wszystko aby go osiągnąć.


Powieść Tarryn Fisher jest napisana w mrocznym klimacie. Autorka ma bardzo lekkie pióro i przyjemny styl, dzięki czemu przeczytanie jej książki zajmuje niewiele czasu. Jest to historia o dziewczynie, która dorastała w bardzo nieciekawym (to mało powiedziane) miejscu, co miało ogromny wpływ na jej psychikę. Zakończenie powoduje mętlik w głowie, nie wiadomo co o nim myśleć - jest dość dziwne i szczerze to wolałabym, żeby autorka bardziej wytłumaczyła niektóre kwestie i napisała na końcu coś dokładniejszego na temat głównej bohaterki - w sumie to nie wiadomo co działo się w powieści naprawdę, a co było wytworem wyobraźni głównej bohaterki. Ciężko mi zrozumieć tę książkę i ocenić ją, bo chyba nie do końca wiem o co w niej chodziło. Dajcie znać czy czytaliście Margo i czy wywarła ona u was podobne wrażenie jak u mnie. To chyba jedna z bardziej zakręconych historii jakie czytałam i nie wiem czy w pozytywnym, czy w negatywnym tego słowa znaczeniu. Nie polecam, ale też nie odradzam wam tej książki - sami zdecydujcie czy chcecie ją przeczytać.


Udostępnij

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Słowa w ciemnym błękicie | Cath Crowley | opinia

Słowa w ciemnym błękicie to powieść, która zabierze Cię do pewnego antykwariatu z niezwykłą, pełną przeróżnych zapisków, czy wyznań Biblioteką Listów.


Rachel wraca do rodzinnego miasta, po śmierci jej ukochanego brata. Kiedy wyjeżdżała zostawiła swojemu najlepszemu przyjacielowi - Henry'emu list, w którym wyznała mu, że czuje do niego coś dużo mocniejszego niż tylko przyjaźń. Chłopak jednak do tej pory nie zareagował na wiadomość jaką mu zostawiła. To sprawia, że po powrocie, Rachel nie bardzo wie jak się zachować w stosunku do przyjaciela. Henry właśnie rozstał się ze swoją dziewczyną Amy - która porzuciła go aby związać się z kimś innym. Na domiar złego, jego ukochany antykwariat być może trzeba będzie sprzedać. Czy Henry i Rachel znów będą najlepszymi przyjaciółmi? O co chodzi ze słynną Biblioteką Listów? Co się stanie z antykwariatem?

Słowa w ciemnym błękicie to powieść o ludziach, którzy kochają książki. Żyją wśród nich na co dzień, a bez czytania nie wyobrażają sobie życia. To również historia o stracie bliskiej osoby, trudnych powrotach i przyjaźni. Zabierając się za nią liczyłam na lekką młodzieżówkę, przy której będę się mogła zrelaksować. Cath Crowley zapewniła mi fajną rozrywkę na kilka godzin i mile spędzony czas, aczkolwiek nie sądzę, że zapamiętam jej powieść na dłużej.


Słowa w ciemnym błękicie przypominają mi inną książkę młodzieżową, a mianowicie Księgę wyznań Dasha i Lily, ze względu na to, że w obu tych pozycjach, główni bohaterowie zostawiali sobie wiadomości, liściki w przeróżnych książkach. Jeśli więc spodobała wam się Księga wyznań..., to myślę, że powieść pani Crowley również przypadnie wam do gustu. Swoją drogą taka Biblioteka Listów, gdzie każdy może coś zapisać na kartach jakiejś książki, a potem inni mogą czytać jego przemyślenia i zapiski, jest całkiem fajnym pomysłem. :)

Rachel to dziewczyna, która z dnia na dzień zmaga się z żałobą spowodowaną śmiercią jej ukochanego brata. Próbuje żyć normalnie i liczy na to, że przeprowadzka pozwoli jej na to. Czasami irytowała mnie swoim zachowaniem - szczerze mówiąc nawet nie potrafię powiedzieć dlaczego, ale po prostu denerwowały mnie niektóre sceny z jej udziałem. Henry natomiast jest wzorcowym przykładem mola książkowego, który traktuje rodzinny antykwariat jak swój azyl, swoje miejsce na Ziemi. Jest jeszcze Georgia - siostra Henry'ego, która była najbardziej denerwującą postacią w książce. Izolowała się od ludzi, była dość zaczepna, czasem nawet niegrzeczna w stosunku do innych i nawet jeśli ktoś chciał się z nią zaprzyjaźnić, czy bliżej ją poznać - atakowała i odwracała się plecami do takiej osoby.


Styl autorki jest bardzo lekki i przyjemny, co sprawia że książkę czyta się szybko, aczkolwiek dość ciężko mi się było w nią wciągnąć na samym początku. Zauważyłam, że młodzieżówki przestały mi się tak podobać jak wcześniej i traktuję je w sumie jako sposób na nudę. Tak było też w tym przypadku. Książka nie była zła, ale momentami troszeczkę nudna i wydaje mi się, że za jakiś czas zapomnę o niej. Ot zwykły zabijacz czasu, sposób na relaks, nic więcej.

Jeśli szukacie lekkiej młodzieżówki, która napisana jest prostym, przyjemnym językiem, jeśli chcecie poczytać o ludziach, którzy kochają czytać całym sercem i, dla których dzień bez książki to dzień stracony - śmiało czytajcie powieść Cath Crowley. Jest to całkiem niezła historia, ale nic wybitnie porywającego. Nie przeczytam jej ponownie, ale cieszę się, że miałam taką możliwość i spędziłam przyjemnie kilka godzin ze Słowami w ciemnym błękicie w ręku. A czasem dobrze jest zabrać się za jakąś niewymagającą lekturę tylko i wyłącznie dla samej przyjemności jaką daje czytanie. Nie odczułam żadnych emocji podczas lektury, zaczęłam ją, skończyłam i to by było na tyle. Sami zdecydujcie czy macie ochotę na taką powieść.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Jaguar!



Udostępnij

wtorek, 7 listopada 2017

Co widzisz, gdy patrzysz w lustro? | Mirror mirror - opinia

Tytuł: Mirror mirror
Autor: Rowan Coleman, Cara Delevingne
Tom: 1
Cykl: -
Liczba stron: 384
Wydawnictwo: Jaguar

Red, Leo, Rose i Naomi to czwórka nastolatków, których połączyła miłość do muzyki. Kiedy wydaje im się, że życie to pasmo przeszkód i niepowodzeń los łączy ich ścieżki a owocem tego jest ich kapela Mirror mirror. Wraz z rozwojem zespołu, rozwija się przyjaźń nastolatków - wspierają się oraz tworzą zgraną paczkę i wspólnie stawiają czoła ciężkiej rzeczywistości. Jednak wszystko się zmienia kiedy Naomi znika. Rozpoczyna się szalony wyścig z czasem kiedy dziewczyny nie ma przez długi okres czasu. I choć policja podejrzewa, że to kolejna już ucieczka nastolatki, czy próba zwrócenia na siebie uwagi, Red, Leo i Rose wiedzą, że stało się coś poważnego. Co spotkało Naomi? Jaki będzie los zespołu? Czy przyjaźń nastolatków przetrwa ciężki okres czasu?

Cara Delevingne to osoba dosyć znana, przypuszczam że większość z was (podobnie jak ja) kiedyś o niej słyszała i kojarzy ją głównie z tego, że jest modelką i grała główną rolę w filmie Papierowe miasta. Na tym moja wiedza o tej kobiecie się kończy, ale mimo wszystko byłam ciekawa jak poradziła sobie z napisaniem książki i czy nie była to powieść pisana dla większej sławy, rozgłosu, czy chęci zarobienia pieniędzy (zważywszy na to, że nazwisko autorki zajmuje centralne miejsce na niezbyt urokliwej okładce). Poza tym opis z tyłu okładki zapowiadający iż powieść Delevingne jest "thrillerem doskonałym", dodatkowo zachęcała mnie do sięgnięcia po lekturę. No i jakie są moje wrażenia?


Początkowo cała historia idzie dość ślamazarnie. Czyta się ją głównie z chęci poznania zakończenia wątku z Naomi, cała reszta nie jest zbyt interesująca, a trudne przeżycia bohaterów nie budziły we mnie większych rozmyśleń i emocji, były takie trochę nijakie, ot zwykłe zapychacze dodające objętości książce. Język powieści jest bardzo prosty co powoduje, że książkę czyta się naprawdę szybko. Jednak obecność licznych wulgaryzmów w wypowiedziach bohaterów strasznie razi po oczach i nie wiem czy autorka miała zamysł aby dzięki tym licznym przekleństwom powieść była bardziej realistyczna, ale ja odniosłam wręcz przeciwne wrażenie - dla mnie było to dość sztuczne, wepchnięte na siłę i ukazujące młodzież w bardzo niekorzystnym świetle, zwłaszcza gdy przekleństwa pojawiały się w co drugiej wypowiedzi danego bohatera.

Na szczęście z czasem przyzwyczaiłam się do tych wulgaryzmów, a mniej więcej od połowy pojawił się bardzo interesujący i dość szokujący wątek, który sprawił że zaczęłam czytać powieść z większym zapałem i zainteresowaniem. Ci którzy już przeczytali Mirror mirror pewnie kojarzą ten przełomowy moment kiedy to musiałam cofnąć się kilka kartek wstecz aby przekonać się czy aby na pewno wszystko dobrze zrozumiałam. Autorki naprawdę mnie zaskoczyły i od tego momentu powieść zaczęła się robić dużo bardziej ciekawsza.


Mirror mirror to książka o trudnym okresie dojrzewania, o szukaniu samego siebie i akceptacji tego kim jesteśmy. To również historia o przyjaźni, o tym jak ważne jest wsparcie drugiego człowieka i o ludzkiej naiwności. Czytając tę powieść możemy poznać losy czwórki młodych ludzi, którzy muszą się zmagać z poważnymi problemami a przy tym ciągle szukają siebie i próbują zrozumieć to kim tak naprawdę są, co jest dla nich ważne. Nie nazwałabym jej thrillerem doskonałym, ale dającą do myślenia młodzieżówką, która pozwoli nam przemyśleć niektóre sprawy i poważnie zastanowić się nad tym, że nie jesteśmy bezkarni w internecie i nie ma czegoś takiego jak anonimowość w sieci.

Nie jest to powieść, która znacząco wpłynęła na moje życie, ale na pewno dała mi do myślenia i mimo iż zapewne nie zostanie ona w mojej pamięci na dłużej to nie żałuję, że ją przeczytałam. Nie zrażajcie się powolnym tempem akcji na początku, bo potem wszystko nabiera tempa. Największym minusem dla mnie były te wulgaryzmy, które okropnie mnie raziły po oczach i utrudniały czytanie, bo za każdym razem kiedy któryś z bohaterów użył przekleństwa przewracałam oczy i chciałam jak najszybciej ominąć ten dialog bo było to naprawdę dość uciążliwe, ale po jakimś czasie można do tego przywyknąć. Myślę, że w wolnym czasie warto się rozejrzeć za tą pozycją i na własnej skórze przekonać się co takiego stworzyły autorki i czy wpłynie to jakoś na wasz tok myślenia. Nie żałuję czasu, który poświęciłam na lekturę, aczkolwiek drugi raz do niej nie wrócę. Zresztą - oceńcie sami. :)

Moja ocena: 6/10

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Jaguar
Udostępnij

czwartek, 27 lipca 2017

Czerwień rubinu - szału ni ma

Tytuł: Czerwień rubinu
Autor: Kerstin Gier
Tom: 1
Cykl: Trylogia czasu
Liczba stron: 344
Wydawnictwo: Media Rodzina

Zamknij oczy, usiądź wygodnie i wyobraź sobie, że mieszkasz w super, wypasionym domu wraz z całkiem sporą rodzinką, która jest dość pokręcona. Dlaczego? Już pomijając te wszystkie tajemnice i zagadki, o których istnieniu nawet nie masz pojęcia, pomijając to że twoja cioteczna babka czasem wpada w jakiś dziwny trans i... przewiduje przyszłość (?), oraz to, że wszyscy traktują twoją kuzynkę Charlottę jak najmądrzejszą, najpiękniejszą i najzdolniejszą osobę w całym wszechświecie, musisz żyć ze świadomością, że właśnie owa Charlotta jest nosicielką genu, który umożliwi podróże. Podróże. W. Czasie. Ale, ale! Pewnego pięknego dnia, kiedy wyskoczyłaś tylko na chwilke z domu żeby coś kupić (przyjmijmy, że to były bułki, bo niestety nie pamiętam xD) to ty przenosisz się kilka lat wstecz, a nie ona. Przypadek? Nie sądzę. xD

Właśnie to spotyka nastoletnią Gwendolyn, która jak się okazuje - posiada super umiejętność podróżowania w czasie. Jakby tego było mało, taką samą umiejętność posiada przystojny (jakżeby inaczej), inteligentny i nieznośny Gideon! Taa - absolutnie nie ma szans żeby Gwen chociaż pomyślała o nim w sensie - oo to mój przyszły chłop! Niee - gdzieżby tam - oni będą się nienawidzić, no a potem... Chyba nie trudno się domyślić. Przewidywalność jeden, Kerstin Gier zero.
Nasza kochana Gwen ma świetne poczucie humoru, które sprawiło, że ja Klaudia, która rzadko kiedy śmieje się przy czytaniu - wybuchnęłam śmiechem. Gwenny zaskoczyłaś mnie na plus! Kiedy już wydaje się, że życie dziewczyny bardziej skomplikowane być nie może - okazuje się że właśnie może! Dziewczyna będzie się musiała zmierzyć z tajemnicami z przeszłości, dziwnymi ludźmi, których było ciut za dużo jak na mój gust, i w sumie w jednym momencie naprawdę ciężko mi się było połapać kto jest kim, oraz zwykłymi codziennymi sprawami. Wraz z Gideonem i swoją przyjaciółką będzie stawiała czoło wszystkim przeciwnościom losu, które na nią czyhają. 

Przygody naszej Gwendolyn wciągają i intrygują aż do ostatniej strony, ale - tutaj znów na scenę wchodzi pani Przewidywalność - dość łatwo przewidzieć jak skończy się dana przygoda. Hej - Przewidywalność dwa, Kerstin Gier nadal zero... Muszę jednak przyznać autorce, że stworzyła bardzo interesujących głównych bohaterów, z których każdy miał swoje indywidualne cechy i nie byli oni sztuczni, albo płascy - ma sie wrażenie, że to trójwymiarowi ludzi, którzy żyją tak jak my, z tym że posiadają pewne niesamowite zdolności, których przeciętnym wyjadaczom chleba niestety brakuje. Słabi bohaterowie zero, pani Gier jeden!
Akcja pędzi na łeb na szyję - najpierw jesteś tutaj, potem już gdzieś indziej. Nie sposób się nudzić czytając, ale jak na książkę, która posiada 344 strony, spodziewałam się innego zakończenia. Mocniejszego. Z większą ilością akcji. Z różnymi zwrotami i niespodziankami. Pierwszy tom Trylogii Czasu kończy się tak... nijak. Nie zachęciła mnie ta końcówka do sięgnięcia po kolejny tom i w sumie nie wiem czy to zrobię. Jak na powieść, która swego czasu była tak trudno dostępna, że jedyne egzemplarze jakie były na sprzedaż kosztowały kilkadziesiąt złotych, jak na mnóstwo pochlebnych opinii o tej książce to cóż... jestem trochę zawiedziona. Spodziewałam się czegoś lepszego, a dostałam kilka podróży w czasie, nijakie zakończenie, które za nic nie zachęca do sięgnięcia po dalsze tomy, mnóstwo drugoplanowych bohaterów, których w większości już nie pamiętam, oraz dość rozwlekły wstęp do całej historii. Bo o ile akcja tutaj jest, to wszystko kręci się wokół jednej rzeczy i ciężko mi to wytłumaczyć, ale niby cały czas się coś działo, a jednak odczułam wrażenie że książka była dość nudna i rozwlekła - można było napisać coś więcej przez te 344 strony. Nie jestem usatysfakcjonowana tą historią, ale dla samej Gwenny i wątku podróży w czasie warto się z nią zapoznać. ;)

Moja ocena: 6/10 

Udostępnij

poniedziałek, 24 lipca 2017

Nie ładnie grzebać w cudzych śmieciach! | Indeks szczęścia Juniper Lemon - opinia

Tytuł: Indeks szczęścia Juniper Lemon
Autor: Julie Israel
Tom: 1
Cykl: -
Liczba stron: 372
Wydawnictwo: IUVI

Minęło dokładnie 65 dni od wypadku, który zmienił życie Juniper Lemon na zawsze. Straciła swoją siostrę Camillę i od tamtego czasu jej życie oraz całe otoczenie zmieniło się o 360 stopni. Juniper stara się dzielnie stawiać czoło codziennej rutynie oraz żyć bez Cami. Pomaga jej w tym Indeks Szczęścia, który powstał jeszcze kiedy jej siostra żyła. Nasza bohaterka zapisuje w nim wszystkie dobre chwile, które spotkały ją w danym dniu. Jednak pewnego dnia jedna z fiszek, które wchodzą w skład Indeksu znika. Niby nic strasznego, ale to właśnie na tej fiszce, dziewczyna zapisała swój największy sekret i tajemnicę. Do tego odkryła, że jej siostra spotykała się z tajemniczym "ty". Do czego może doprowadzić grzebanie w cudzych śmieciach? Czy Juniper odnajdzie zaginioną fiszkę?

Kiedy widzę taką okładkę (tak, tak nie oceniaj książki po okładce! xD), od razu przychodzi mi na myśl, że książka będzie lekka i przyjemna, w sam raz na te piekielne upały, które ostatnio nie dają mi normalnie funkcjonować. Powiem wam, że Indeks szczęścia okazał się właśnie taką pozycją - spotkałam tutaj sympatyczną główną bohaterkę, ciekawą historię, oraz tajemnice które rozwiązywałam wraz z Juniper i jej paczką. Śmiało więc mogę powiedzieć, że Indeks szczęścia Juniper Lemon to idealna książka na upalne dni.
Autorka wciąga czytelnika w swoją historię. Dzięki temu, że ma bardzo lekkie pióro, jej powieść czyta się w błyskawicznym tempie co jest kolejnym plusem tej książki. Nie będę ukrywać - to nie jest lektura wyższych lotów, taka którą musicie koniecznie przeczytać i nie zapomnicie o niej przez długi czas. To po prostu przyjemna młodzieżówka, która nada się idealnie aby wziąć ją do ręki i usiąść wygodnie na tarasie, balkonie, czy kocu i zatracić się przez kilka godzin w świecie jaki wykreowała autorka.

Bohaterowie tej książki nie wyróżniają się niczym szczególnym - mnóstwo podobnych możemy poznać w innych książkach tego typu, więc raczej żaden z nich nie zostanie w mojej pamięci na dłużej, ale mimo to bardzo miło spędziłam czas odkrywając różne tajemnice i grzebiąc w śmieciach razem z nimi, w poszukiwaniu odpowiedzi na liczne pytania. Głowna bohaterka czasem denerwowała mnie swoją bezmyślnością i wściubianiem nosa tam gdzie nie powinna - bo prywatność to bardzo ważna sprawa! - ale koniec końców polubiłam ją. Inne postacie były mi raczej obojętne i czuję, że dość szybko o nich zapomnę.
Jeśli szukacie młodzieżówki, która pozwoli wam spędzić miło czas przy czytaniu, zwłaszcza w te upały, to Indeks szczęścia Juniper Lemon będzie idealny dla was. To jedna z tych książek, które czytasz z zapałem, za sprawą przyjemnego stylu autorki, oraz ciekawej historii, ale po kilku dniach o nich zapomnisz. Nie jest to lektura, która koniecznie musi się pojawić w waszej biblioteczce, ale nie zaszkodzi się za nią rozejrzeć gdzieś w księgarni czy bibliotece - to pozycja do relaksu i nada się idealnie jeśli szukacie czegoś niezobowiązującego i lekkiego. Powinna się spodobać fanom twórczości Greena, albo Rowell, jednak mistrzostwo świata to to nie jest. ;)

Moja ocena: 6/10

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu IUVI! 
Udostępnij

niedziela, 16 kwietnia 2017

Niebezpieczne kłamstwa - recenzja | 100 post! ♥

Tytuł: Niebezpieczne kłamstwa
Autor: Becca Fitzpatrick
Tom: 1
Cykl: -
Liczba stron: 424
Wydawnictwo: Otwarte

Stella to nie jest jej prawdziwe imię. To nie jest jej prawdziwe życie. Teraz cały jej świat zbudowany jest na kłamstwach.

Estella została objęta programem Ochrony Świadków, po tym jak widziała groźne przestępstwo. Nie jest już bezpieczna, musiała zmienić swoją tożsamość i wyprowadzić się do Thunder Basin w Nebrasce. Musiała zostawić swojego chłopaka oraz porzucić ich plany na przyszłość. Początkowo bardzo niechętnie odnosi się do sytuacji, w której się znalazła, ale później zaczyna coraz bardziej przekonywać się do nowego miejsca. Dzieje się tak za sprawą Cheta, którego poznaje w Thunder Basin. Czy dziewczyna przyzwyczai się do nowego środowiska i zaakceptuje jej los? Czy grozi jej niebezpieczeństwo? Jak wyglądało jej życie przed tym jak była świadkiem przestępstwa?

Niebezpieczne kłamstwa to kolejna książka Beccy Fitzpatrick jaką miałam okazję przeczytać. Wcześniej była jej saga Szeptem, potem Black ice, które bardzo mi się podobało, więc miałam dość wysokie oczekiwania co do tej powieści. No i trochę się zawiodłam.
Główna bohaterka jest cholernie irytująca, zwłaszcza na początku. Jak ona marudziła! Ja wszystko rozumiem - nowa sytuacja, obcy ludzie i środowisko, no ale bez przesady. Ledwo wyszła z domu, a już kręciła na wszystko nosem i nic jej nie pasowało. Zachowywała się jak rozkapryszona pannica, która wiecznie na wszystko narzeka i jest obrażona na cały świat o to, że znalazła się w takiej, a nie innej sytuacji. Potem na szczęście zrobiła się trochę bardziej znośna, ale początek był naprawdę próbą moich nerwów. xD Co do innych bohaterów - Chet był w sumie miłym gościem, ale jakimś takim - nijakim. Typowy kowbojski chłopak, prosty i sympatyczny, ale nie zapadł mi jakoś głęboko w pamięć i po prostu zaginał w tłumie mnóstwa podobnych bohaterów z innych książek. Bardzo polubiłam opiekunkę Stelli - ale wybaczcie mi, bo za nic nie przypominam sobie jej imienia. xD Była to prosta kobieta, taka swojska babka i zyskała sobie moją sympatię tym, że po prostu waliła wszystko prosto z mostu, bez zbędnego owijania w bawełnę.

Niebezpieczne kłamstwa to książka, którą bardzo przyjemnie się czyta - autorka po raz kolejny pisze prostym i lekkim językiem, dzięki czemu niewiele czasu zajęło mi przeczytanie jej książki. Natomiast - niestety - była ona dość nudna. W sumie to nie działo się nic ciekawego - oprócz wspominek Stelli z przeszłości oraz końcówki, która była w miarę trzymająca w napięciu, chociaż i tak mam do niej pewne zastrzeżenia, ale o tym później. Tą książkę po prostu się czyta, czyta i czyta, ale nic odkrywczego nie wnosi ona do naszego życia.
Plusem powieści jest jej klimat. A raczej klimat miasteczka, w którym dzieje się cala akcja. Czytając niektóre fragmenty poczułam się jak na jakimś ranczo, czuć taki swojski i prosty klimacik. Aż zapragnęłam kupić sobie kowbojski kapelusz (nawet znalazłam kapelusz i stwierdziłam, że będzie idealnym dodatkiem do tej książki, więc cyknęłam jej z nim zdjęcie xD), wsiąść na konia (nie umiem jeździć na koniu, ale kowboje kojarzą mi się z końmi i podczas czytania czułam się jak taki trochę kowboj, dlatego chciało mi się na koniu jeździć xD) i jechać gdzieś na jakiś odjechany festyn pełen prażonej kukurydzy i gier z nagrodami. :D (oo - czułam się jak Bailey z Nie ma to jak statek, kto oglądał Disney Channel ten wie o kogo mi chodzi :D)

W książce poruszony jest temat relacji rodzinnych, które w tym przypadku nie wyglądają wcale różowo. Możemy zobaczyć jak ciężkie jest życie z kimś takim jak matka głównej bohaterki, oraz jakie trudności przeżywają członkowie rodziny takiej osoby. Miałam wrażenie, że ta cała sprawa z jej mamą była zbyt prosta i trochę brakowało mi w tym logiki. Podobnie miałam z końcem książki. Końcówka była taka... zbyt banalna. To wszystko skończyło się tak po prostu - bum! i koniec książki. Spodziewałam się jeszcze czegoś więcej, a tu przewracam kartkę i widzę Podziękowania. no i mina mi trochę zrzedła. :/

Niebezpieczne kłamstwa to historia dość nudna oraz przewidywalna. Koniec mi się nie podobał i w sumie trochę się zawiodłam na tej książce. To jedna z tych pozycji, po które sięgamy kiedy nam się nudzi i potrzebujemy chwili relaksu z niewymagającą historią. Jeśli liczycie na coś więcej, to możecie się przejechać, bo to powieść, o której raczej szybko zapomnicie. Jednak posiada świetny, swojsko-kowbojski klimat, dla którego można w wolnym czasie rozejrzeć się za tą pozycją. Czy polecam Niebezpieczne kłamstwa? Hmm... nie była to porywająca lektura od której nie mogłabym się oderwać, ale najgorszy gniot to również nie był. Jest to historia co do której mam mieszane uczucia i musicie sami zdecydować czy chcecie ja poznać. :)

Moja ocena: 6/10
------ 
Na koniec chciałabym Wam bardzo podziękować, za to że jesteście ze mną i czytacie moje wypociny. To już setny post na moim blogu i naprawdę w życiu nie sądziłam, że to kiedyś nastąpi i napiszę aż 100 postów dla Was! Oczywiście nie zrobiłabym tego, gdyby nie wszystkie komentarze i obserwacje, które od Was otrzymuję. Dziękuję! ♥♥♥
Miałam plan, żeby z tej okazji robić cos specjalnego - a mianowicie konkurs. Niestety nie wypaliło - w sumie to jeszcze nie wiem czy konkurs się odbędzie - a bardzo bym chciała żeby się odbył. Mogłabym poczekać jeszcze kilka dni i zobaczyć jak potoczą się sprawy, ale szczerze mówiąc nie chcę aby na blogu wiało pustkami, bo ostatnia notka pojawiła się ponad tydzień temu, więc stwierdziłam, że już trochę czasu minęło i pasuje coś napisać. xD Jednak bardzo możliwe, że w niedalekiej przyszłości pojawi się jakiś konkurs - w sumie wszystko zależy od wydawnictwa, także trzymajcie kciuki. <3

Jeszcze raz dziękuję za każde odwiedziny i zostawione komentarze i życzę Wam Wesołych Świąt Wielkanocnych <3
Udostępnij

sobota, 25 lutego 2017

Królestwa Nashiry. Marzenie Talithy - recenzja


Tytuł: Królestwa Nashiry. Marzenie Talithy
Autor: Licia Troisi
Tom: 1
Cykl: Królestwa Nashiry
Liczba stron: 408
Wydawnictwo: Zielona Sowa

Wyobraźcie sobie, że żyjecie w świecie gdzie powietrze jest luksusem. Jedyne jego źródło to Powietrzne Kamienie, które są ukryte w klasztorach w koronach ogromnych drzew, gdzie zakonnice pilnują je i odpowiadają za powietrze, które wydzielają. W cieniu tych drzew żyją mieszkańcy imperium Talarii, w skład którego wchodzi między innymi Królestwo Wiosny, gdzie mieszka Talitha - córka hrabiego Megassy. Dziewczyna od zawsze chciała być wojowniczką, dlatego kiedy na skutek nieszczęścia została zmuszona do wstąpienia do klasztoru i przejęcia obowiązku pilnowania Kamienia, nie pałała szczególnym entuzjazmem. Wkrótce później Talitha wraz ze swym przyjacielem - niewolnikiem Saiphem odkrywają iż wszystkim grozi niebezpieczeństwo - ogień dwóch słońc. Czy dziewczyna odnajdzie tego, który może jej pomóc ocalić ludzi? Co zrobi dla wolności - swojej, oraz Saipha?

Gdyby nie to, że moja mama przyniosła tę książkę pewnego dnia z biblioteki, prawdopodobnie nigdy bym się na nią nie natknęła. Szczerze mówiąc to niespecjalnie mnie do niej ciągnęło, więc pewnie nie przeczytałabym jej, ale zrobiłam to ponieważ mamie się spodobała, polecała mi ją, więc postanowiłam dać tej historii szansę.

W tym przypadku mogę podzielić tę książkę na dwie połowy - pierwszą, bardzo dobrą, z ciekawymi wydarzeniami, sekretami oraz szybką akcją, i drugą - nudną, podczas której omijałam niektóre przydługie opisy i odliczałam strony do końca książki. Pierwsza połowa była naprawdę bardzo dobra i byłam strasznie ciekawa jak ta historia dalej się potoczy. Chętnie czytałam kolejne rozdziały i fabuła była naprawdę ciekawa. Niestety, kiedy już myślałam, że to naprawdę świetna, choć mało znana historia, autorka negatywnie mnie zaskoczyła.

Druga połowa była nudna. Opisów było mnóstwo, były one długie, a dialogi dość sztuczne i drętwe przez co omijałam niektóre fragmenty i co chwila patrzyłam ile jeszcze stron zostało do końca. Poza tym w pierwszej części miałam wrażenie, że główni bohaterowie z trudem czynią pewne rzeczy i ponoszą przy tym porażki. W drugiej części szło im wszystko zdecydowanie zbyt łatwo. Miałam wrażenie, że bez specjalnych trudności wszystko im się udaje i mają wyjątkowe szczęście podczas swej wędrówki. Bo nawet jeśli coś stawało im na przeszkodzie, jakoś z tym sobie radzili i po prostu szli dalej.

Główna bohaterka mnie irytowała. Chciała wszystko robić na siłę i czasem robiła naprawdę bezmyślne rzeczy. Była uparta i jak na mój gust, trochę za bardzo arogancka. Saiph był na szczęście nieco bardziej ogarnięty - przez to, że był niewolnikiem miał większe pojęcie o ludzkich zachowaniach i pomysłowości, oraz był sprytniejszy i mądrzejszy. Działał raczej rozważnie i hamował Talithe w niektórych jej pomysłach, co w sumie wychodziło im obojgu na dobre. Polubiłam go bardziej niż dziewczynę.

Niestety po świetnym początku, koniec końców zawiodłam się na tej pozycji. Zapowiadała się naprawdę świetna lektura z wyjątkowym światem - bo muszę przyznać - autorka miała naprawdę niezwykłą wyobraźnię, że wykreowała taki świat. Pełno w nim było magii i kojarzył mi się on trochę z takim elfowym (nie wiem jak to ująć, żeby ładnie zabrzmiało xD) klimatem (wiecie - drzewa, ludzie w nich mieszkający, specjalne osoby, żyjące praktycznie w chmurach aby pilnowały Kamienia), więc jeśli jesteście fanami czegoś takiego to myślę, że Marzenie Talithy przypadnie wam do gustu. Nie jest to książka zła, po prostu po bardzo dobrym początku spodziewałam się czegoś więcej, a niestety pod koniec czytania odkładałam tę książkę dość często, bo po prostu nudziła mnie ona. Jednak klimat w tej historii jest niespotykany i myślę, że właśnie dla niego, oraz dla tego oryginalnego świata jaki wykreowała autorka, warto sięgnąć po Marzenie Talithy. Jeśli liczycie na porywającą historię z szybką akcją, to możecie się trochę rozczarować.

Moja ocena: 6/10
Udostępnij

poniedziałek, 31 października 2016

Nigdziebądź - recenzja

Tytuł: Nigdziebądź
Autor: Neil Gaiman
Tom: 1
Cykl: -
Liczba stron:
Wydawnictwo: MAG

Richard Mayhew to zwykły mężczyzna z normalnym i spokojnym życiem. Ma narzeczoną, której wielu mogłoby pozazdrościć, dobrą pracę i najlepszego kumpla. Pewnego razu widzi ranną dziewczynę na ulicy i postanawia jej pomóc. Okazuje się, że dziewczyna ma na imię Drzwi. Tak, tak to nie pomyłka - ona naprawdę ma na imię Drzwi (najdziwniejsze imię świata, jooł xD). Ten jeden gest rozpoczyna serię dziwactw, które pojawią się w życiu Richarda. Bo istnieje jeszcze jeden Londyn. Pełen zagadek, mroku, niebezpieczeństw i... szczurów. xD A po tym przedziwnym świecie grasują dwaj mordercy - pan Vandemar i pan Croup, którzy ścigają Drzwi. Pokręcone? Nie martwcie się im dalej w las, tym więcej drzew - to dopiero początek dziwactw, bo ta książka to jedna wielka tajemnica.

Pierwsze co rzuca się w oczy każdej sroce okładkowej, to właśnie okładka. Ta jest przecudowna, z licznymi złoceniami. Ile ja razy cieszyłam wzrok tą okładką! *.* A grzbiet jest śliczny i super się prezentuje na półce! Jednak to wszystko tylko opakowanie, a jak jest z zawartością, czyli z treścią?

Powiem wam, że po raz pierwszy w swojej blogowej karierze brakuje mi słów żeby opisać książkę. Ona była po prostu... dziwna (xD). Najpierw było normalnie - chłopak pomaga rannej dziewczynie z ulicy i zabiera ją do domu (tutaj powoli zaczyna się robić dziwnie), a następnie opatruje jej rany. Potem główny bohater robi dla dziewczyny (o wcale-nie-dziwnym-imieniu Drzwi) wieele głupio-dziwnych spraw, a na końcu wyżej wspomniana Drzwi odchodzi, a wokół Richarda zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Fantastycznie, prawda?

Nigdziebądź to jedna, wielka zagadka. Szczerze mówiąc to nawet po skończeniu nie bardzo wiedziałam o co w tym wszystkim chodzi. Denerwowało mnie to, że autor wrzuca nas w wir wydarzeń i razem z Richard'em trafiamy do nowego miejsca - Londynu Pod i... to tyle. Zero wyjaśnień o tym co i jak funkcjonuje, to wszystko było za bardzo poplątane. Do tego mnóstwo postaci i dziwnych nazw różnych miejsc - pogubić się można.

Ponad połowa książki mi się dłużyła i przyznam szczerze, że omijałam przydługie opisy, bo po prostu nie chciało mi się czytać tego wszystkiego. Najlepsze jest to, że opisów w książce jest sporo, a i tak nie wiemy z czym właściwie mamy do czynienia.Miałam wrażenie, że autor wpuścił nas do swojej głowy, pokazał jego wyobraźnię, ale te wszystkie miejsca były czymś co tylko on w pełni rozumiał. Nie lubię czytać czegoś, czego do końca nie rozumiem.

Kiedy już przeczytałam większą część, zaczęło się wreszcie dziać coś ciekawego i co najważniejsze - zrozumiałego! Może to wszystko ma jakiś głębszy sens i większą głębię, jednak ja jestem beznadziejna w dostrzeganiu takich rzeczy, więc nic takiego tutaj nie zauważyłam xD. Końcówka była dobra, choć nie wybitna. Kilka rzeczy mogłam przewidzieć i niektóre rzeczy wyobrażałam sobie trochę inaczej niż zostało to opisane. Drugi raz po tą pozycję bym nie sięgnęła. Trochę zraziłam się do tego autora i nie wiem czy jeszcze kiedyś przeczytam coś co Gaiman napisał. Nigdziebądź mi się dłużyło i nudziłam się podczas czytania. Z tego względu odpuściłam sobie opowiadanie zamieszczone dodatkowo na końcu książki, bo nie chciałam z powrotem wracać do tego świata. Ze względu na dość dobry koniec i ogromnie bujną wyobraźnię autora, przyznaję tej książce 6 na 10 gwiazdek. Zawiodłam się i spodziewałam się czegoś duużo lepszego... Nie polecam tej pozycji, nie wniosła ona nic do mojego życia ale jeśli czytaliście ją, lub mimo wszystko macie taki zamiar piszcie w komentarzach. Pozdrawiam! :)

Moja ocena: 6/10
Udostępnij

środa, 26 października 2016

Harry Potter i Przeklęte Dziecko - recenzja


Tytuł: Harry Potter i Przeklęte Dziecko
Autor: Jack Thorne, John Tiffany, J.K. Rowling
Tom: -
Cykl: Harry Potter
Liczba stron: 354
Wydawnictwo: Media Rodzina

Harry Potter - Chłopiec, Który Przeżył jest zapracowanym pracownikiem Ministerstwa Magii oraz ojcem trójki dzieci - James'a, Lily oraz Albusa, wokół którego kręci się cała historia. Albus obawia się, że zostanie przydzielony do Slytherinu - to będzie jego pierwszy rok w Hogwarcie i trochę się stresuje nową szkołą. W pociągu poznaje Scorpiusa - syna Draco Malfoy'a. Siedzą razem w jednym przedziale i nawiązuje się między nimi nić porozumienia. Wkrótce potem zostają najlepszymi przyjaciółmi, a także pośmiewiskiem dla innych uczniów. Dlaczego inni drwią sobie z Albusa i Scorpiusa? Jak wygląda relacja chłopców z ich ojcami? Co robią Ron i Hermiona? Jaki cel ma niezwykła wizyta Amosa Diggory'ego u Harry'ego Pottera? Do czego posuną się chłopcy aby zwrócić na siebie uwagę innych? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań poznacie w Przeklętym Dziecku.

W ostatnim dniu Tygodnia z HP, który niedawno organizowałam na blogu, mogliście przeczytać, że nie planuję kupować tej książki, a jedynie wypożyczyć ją z biblioteki i najwyżej później kupić. Jednak dzięki mojemu tacie, otrzymałam ją jeszcze w dniu premiery (co w sumie było dziwne, bo rzadko kiedy udaje mi się namówić do jakiegoś książkowego zakupu dla mnie, a tu taka niespodzianka! *.*). Od razu zabrałam się za czytanie i z racji dość późnej pory nie udało mi się jej skończyć w jednym dniu, ale nazajutrz przeczytałam już całość. 

Zacznę od okładki, która moim zdaniem jest śliczna! Bardzo podoba mi się ten złoty pasek na samej górze, fajnie się odznacza od całości. Jedyny co nie przypadło mi do gustu, to ta skulona postać w centrum. Wszystko pozostałe jest na plus, łącznie z grzbietem, który jest przepiękny i pięknie się prezentuje na półce. 

Teraz najważniejsza część - treść. Jak już wspominałam w Tygodniu z HP, absolutnie nie traktuję tego jak ósmy tom i nawet wahałam się co wpisać tam u góry, gdzie podaję krótkie informacje o książce, ale ostatecznie zostawiłam puste miejsce. Dla mnie seria o młodym czarodzieju z blizną, skończyła się na ostatnim zdaniu w Insygniach Śmierci

Przeklęte dziecko jest takim dodatkiem, który umożliwia nam ponowne wskoczenie do świata magii. Co do fabuły książki to bywało różnie - przyznaję bez bicia. Były momenty cholernie absurdalne i nawet takie, które nie zgadzały się z tym co było napisane w serii, w pozostałych 7 tomach. To mnie drażniło i przeszkadzało w czytaniu oraz wprowadzało zamieszanie. Kolejna kwestia to bohaterowie. Harry, Hermiona, Draco i inne postacie, które występowały w Przeklętym dziecku i w pozostałych siedmiu tomach serii (oprócz Rona) różniły się sposobem zachowania, oraz bycia i w Przeklętym dziecku ich zachowanie było takie, że zupełnie nie pasowało mi do ich osobowości, które wykreowała J.K. Rowling w tomach 1-7. 

Rozumiem, ludzie z wiekiem się zmieniają, ale tutaj miałam czasem wrażenie, że czytam o zupełnie innych osobach, że to inne postacie osadzone w tym samym świecie. Przejdźmy teraz do Albusa Pottera, wokół którego toczy się akcja. Jest to jedna z najbardziej irytujących postaci o jakich czytałam. Serio, wiecznie mu coś nie pasuje, wiecznie jest zły i ma żal oraz pretensje do wszystkich tylko nie do siebie. Zachowywał się jak rozpuszczona księżniczka i w dodatku na siłę chciał wszystko zmieniać, wszystko musiało być po jego myśli. Non stop skarżył się jaki to jest nieszczęśliwy mając Harry'ego za ojca. Inaczej sprawa wyglądała ze Scorpiusem, który był jedną z najlepszych postaci w tej książce. Zabawny, ironiczny, kujonowaty (czym przypominał mi Hermionę), mądry, odważny... Bardzo fajny dzieciak! Był dużym plusem w powieści.

Na początku obawiałam się, że forma scenariusza nie do końca będzie mi odpowiadać i będzie mi się źle czytało. Na szczęście po kilku pierwszych stronach nie zwracałam praktycznie uwagi na taka właśnie formę zapisu tej książki i wcale mi to nie przeszkadzało. Było kilka śmiesznych momentów głównie za sprawą Rona i Scorpiusa. Mogłam od nowa przyjrzeć się śmierci rodziców Harry'ego i zobaczyć dokładnie jak to wyglądało. To było fajne, taka chwila wspomnień, a nawet wzruszeń. Oprócz tego dowiadujemy się jak wygląda życie naszych ulubieńców, chociaż zawiódł mnie fakt, że w całej książce nie było nawet wzmianki o Lunie, która była przecież ważną postacią dla całej serii.

Podsumowując (to chyba najdłuższa recenzja jaka powstała na tym blogu xD): ci którzy liczą na przygody i dawkę emocji podobne do tych które miały miejsce w siedmiu tomach, mogą się rozczarować. Owszem jest kilka ciekawych momentów i akcja szybko płynie, a język był bardzo przyjemny i szybko się wszystko czyta, ale to nie jest to samo. Traktuję to jako taką trochę inną historię z innymi postaciami, bo jak dla mnie zmienili się oni baardzo, jakby to byli inni ludzie, co chwilami mnie drażniło i nie potrafiłam sobie wyobrazić że ten Harry, to ta sama postać co w Insygniach, albo Czarze Ognia. Albus to rozpieszczony dzieciak, który robi wiele głupich rzeczy, a niektóre momenty są mocno przerysowane. Można odnieść wrażenie, że książka powstała głównie dla kasy, ale nie skreślam jej i nie mówię, że była beznadziejna. Nie była. To przyjemna, lekka historia, osadzona w świecie magii i dająca nam możliwość powrotu do Hogwartu. Polecam fanom serii, ale jak już mówiłam - nie nastawiajcie się na jakiś szał. Było okej, bez rewelacji, a dla mnie Harry Potter definitywnie i ostatecznie skończył się na Insygniach. Reszta to już nie to samo. (dziękuje Ci drogi czytelniku, że dotarłeś aż tutaj, bo mam świadomość, że ta recenzja jest trochę przydługa, więc chwała ci za to! xD).

Moja ocena: 6/10

Udostępnij

środa, 20 lipca 2016

Maybe someday - recenzja


Tytuł: Maybe someday
Autor: Colleen Hoover
Tom: 1
Cykl: Maybe
Liczba stron: 363
Wydawnictwo: Otwarte

Sydney właśnie wylądowała na ulicy. A jeszcze kilka chwil wcześniej przywaliła byłej najlepszej przyjaciółce i chłopakowi.  Z pomocą przychodzi jej Ridge, który mieszka naprzeciwko. Co wieczór spotykali się z Sydney, każdy na własnym balkonie. Ona słuchała jego muzyki, którą grał na gitarze i pisała do niej piosenki. Dziewczyna nie ma pojęcia o tym, że znajomość z Ridge'm zmieni jej życie na zawsze. A piosenki, które wkrótce zaczną razem tworzyć, będą niezwykłe i pełne pasji. Jak potoczą się ich losy? Czy uda im się być ze sobą? Jaka jest historia Ridge'a?

Udostępnij
Designed by Blokotek. All rights reserved.