Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 listopada 2021

Nawiedzony dom, tajemnice, Meksyk | "Mexican Gothic"

W momencie kiedy piszę te słowa, Mexican Gothic jest jedną z najbardziej popularnych książek na bookstagramie i booktubie.Mnóstwo osób zachwyca się wyjątkowo mrocznym, wręcz zgniłym klimatem tej historii, nietuzinkową bohaterką i niespodziewanym zwrotem akcji. W dzisiejszej recenzji przedstawię Wam moją opinię na ten temat, bo postanowiłam na własnej skórze przekonać się czy Mexican Gothic zasługuje na tak olbrzymią popularność. Zapraszam. :)

Udostępnij

niedziela, 21 marca 2021

Pierwszy raz z Jakubem Małeckim, czyli o Rdzy słów kilka :)

O Jakubie Małeckim pewnie słyszeliście. Obecnie to jeden z najbardziej popularnych polskich autorów, dlatego nie mogłam dłużej ignorować faktu iż posiadam na swojej półce Rdzę, jego autorstwa i postanowiłam sprawdzić, czy twórczość pana Małeckiego zachwyci mnie tak jak zachwyca obecnie mnóstwo osób. Nie spodziewałam się tego co finalnie dostałam, dlatego też jeśli jesteście ciekawi mojej opinii o Rdzy, to serdecznie zapraszam do rozwinięcia tego posta. :)

Udostępnij

środa, 17 lutego 2021

Śliczna okładka i intrygująca fabuła, czyli Midnight chronicles. Moc amuletu

Pierwsze co tak naprawdę zwróciło moją uwagę w przypadku książki, o której dziś Wam opowiem, to jej okładka. Śliczna, minimalistyczna, delikatna, a literki tworzące tytuł niesamowicie się błyszczą - coś wspaniałego dla oka! :). Przypuszczam, że gdyby nie ta cudna okładka, to pewnie nie zainteresowałabym się tą historią. Jeśli jesteście ciekawi co sądzę o Midnight chronicles, to serdecznie zapraszam do dalszej części postu. :)

Udostępnij

czwartek, 4 lutego 2021

Jedna z najgorszych książek ubiegłego roku... | Tatuażysta z Auschwitz

Nie lubię tego pisać/mówić, ale w tym przypadku niestety muszę - rozczarowałam się. Książka, która miała mnie poruszyć i wywołać emocje zawiodła mnie. Uważam, że autorka zmarnowała potencjał na świetną powieść przez spłycenie jej, wybielenie, ocenzurowanie faktów, które miały być głównym wątkiem tej książki. W Tatuażyście z Auschwitz, obóz koncentracyjny wcale nie wydaje się aż tak okropny jak miało to miejsce w rzeczywistości. To jest największa wada tej pozycji, największy błąd i naprawdę nie rozumiem dlaczego autorka tak bardzo spieprzyła tę książkę przedstawiając obóz jako miejsce, w którym wystarczy odrobinkę zacisnąć zęby i będzie dobrze.

Udostępnij

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Najlepsze książki 2020 roku :)

O moich największych książkowych rozczarowaniach już pisałam, więc teraz przyszedł czas na coś pozytywnego, tym bardziej że w najbliższym czasie pojawi się kilka niezbyt pochlebnych opinii odnośnie paru książek, więc taki przerywnik w postaci rankingu najlepszych książek ubiegłego roku, będzie bardzo dobrą odskocznią od tych wszystkich negatywów i rozczarowań. :) 

Udostępnij

niedziela, 3 stycznia 2021

Ostatnie rozczarowanie 2020 roku | Pocałunki w Paryżu

Ostatnio opublikowałam recenzję książki Pocałunki w Londynie, która bardzo mile mnie zaskoczyła i wprowadziła w świąteczny klimat, prosto na ulice Londynu. Dziś przyszła kolej na to abym opowiedziała Wam co nieco na temat kolejnej książki tej autorki jaką są Pocałunki w Paryżu. Niestety już na wstępie muszę Wam powiedzieć, że zdecydowanie mniej mi się podobała i była sporym rozczarowaniem.

Udostępnij

czwartek, 8 października 2020

Recenzja, która powinna pojawić się już dawno temu | Imperium ognia

Powiem Wam, że bardzo się zdziwiłam w momencie, w którym zdałam sobie sprawę, że wcześniej nie pisałam o tej książce. Przeczytałam ją już dosyć dawno temu i byłam wręcz przekonana, ze już o niej wspominałam. No, ale korzystając z okazji, że kilka dni temu przeczytałam ją bodajże po raz trzeci, postanowiłam, że muszę o niej naskrobać kilka słów - tym bardziej, że jest to rewelacyjna historia!

Laia należy do kasty Uczonych – w bezwzględnym Imperium tacy jak ona są zepchnięci na margines, stale inwigilowani i prześladowani. Aby ocalić brata oskarżonego o zdradę, dziewczyna wstępuje w szeregi buntowników i wyrusza ze śmiertelnie niebezpieczną misją do gniazda zła: zostaje niewolnicą w Akademii szkolącej najwierniejszych, najbardziej bezwzględnych żołnierzy Imperium. Jednym z nich jest Elias. Choć należy do wyróżniających się studentów , w jego sercu narastają wątpliwości, czy rola okrutnego egzekutora jest rzeczywiście tą, jaką chce odgrywać przez całe dorosłe życie. Przypadkowe spotkanie dwojga młodych ludzi nie tylko całkowicie odmieni ich losy, lecz także wstrząśnie posadami świata, w którym oboje żyją.

Sabaa Tahir ma niezwykle przyjemny styl pisania, co sprawia że przez jej książkę po prostu się płynie - jakby nie było Imperium ognia ma ponad 500 stron, ale człowiek w ogóle tego nie odczuwa, bo powieść jest cholernie dobra, świetnie napisana i wciąga jak mało która książka. Sam fakt, że przeczytałam ją trzy razy i za każdym razem tak samo nie mogłam się oderwać i z wypiekami na twarzy śledziłam dalsze losy bohaterów, świadczy o tym jaka ta książka jest dobra. Nie będzie przesadą jeśli teraz Wam napiszę, że to jedna z najlepszych książek fantastycznych jakie miałam okazję przeczytać.

Fabuła jest genialna - brutalne Imperium, szkoła gdzie trenuje się ludzi już od najmłodszych lat na bezwzględnych morderców, Maski przywierające do twarzy, z jednej strony przepych, z drugiej bieda - te i wiele innych czynników czyni powieść Tahir oryginalną, ciekawą i cholernie wciągającą. Ponadto wspaniali bohaterowie, bardzo dobrze wykreowani. Nawet postacie drugoplanowe są dokładnie przedstawione - autorka uwzględniła ich wady i zalety, a rzadko kiedy zdarza się, żeby każda postać w książce była tak wyrazista jak to jest w przypadku Imperium ognia.

Historia Lai i Eliasa jest brutalna - autorka nie bawi się w subtelne opisywanie niektórych szczegółów, tylko bombarduje nas informacjami niezależnie od tego czy dzieją się rzeczy brutalne, czy też nie. Sabaa pisze prosto z mostu o tym co się dzieje, za co należy jej się kolejny plus - nie spłyca historii, nadaje jej realizmu, intensywności. Czytając tę powieść można czuć wielką pasję i zaangażowanie autorki - te emocje po prostu wylewają się z książki.

Kolejną wielka zaletą książki jest świetnie poprowadzony wątek miłosny. Rozwija się on powoli, płynnie. W zasadzie scen miłosnych nie ma zbyt dużo w tej książce - da się wyczuć chemię między bohaterami, ale uczucie jest na dalszym planie - nie zaburza całej historii, ale jest rewelacyjnie w nią wpasowane, dopełnia całą historię. Nie wiem jak Was, ale mnie potwornie irytuje kiedy czytam jakąś książkę, która niby miała być fantastyka, ale cała fabuła jest przygaszona przez wątek miłosny, wokół którego tak w zasadzie krąży cała historia, przez co książka jest bardziej romansidłem niż fantastyką.

Powieść pisana jest z dwóch perspektyw - raz widzimy całą akcję oczami Eliasa, a innym razem - oczami Lai. To sprawia, że możemy dobrze poznać obie te postacie, a historia jest jeszcze ciekawsza. Zarówno Elias, jak i Laia są bohaterami wartymi uwagi i według mnie tworzą jedną z lepszych literackich par. Na pierwszy rzut oka wydają się zupełnie różni, jednak po dłuższej lekturze okazuje się, że wcale tak nie jest.

Imperium ognia to kawał dobrej książki - wciąga, porusza, ma wspaniałych bohaterów, jest intrygująca i ma w sobie coś, co sprawia że chce się do tej pozycji wracać aby móc przeżywać ja na nowo i co najlepsze - za każdym razem wciąga tak samo. Bardzo mocno Wam polecam tę książkę, jestem już po lekturze drugiego tomu i już się nie mogę doczekać aż sięgnę po trzeci. Dajcie się porwać do okrutnego Imperium i wierzcie mi - nie będziecie mogli się oderwać.

Udostępnij

piątek, 14 sierpnia 2020

Zaskakująco dobra historia! | Żniwiarz. Pusta noc

Jestem typem czytelnika, który niezbyt lubi polską literaturę. Kilkakrotnie sięgając po książki autorstwa Polaków sparzyłam się, zawiodłam i pozostał mi jakiś taki wewnętrzny niesmak do naszych rodzimych lektur. Niemniej jednak Żniwiarzem byłam zainteresowana już od dłuższego czasu, aż wreszcie natknęłam się na promocję w Empiku i stwierdziłam, że jak nie teraz to nigdy, po czym kupiłam książkę i niedługo po otrzymaniu paczuchy, zabrałam się za czytanie.


Klimat tej powieści to CUDO! Dawno nie czytałam książki tak klimatycznej, mrocznej, troszkę złowieszczej i niepokojącej. Paulina Hendel oczarowała mnie opisami - na każdej stronie czuć było wyjątkowość tej historii, a kiedy już wkręciłam się w powieść (co miało miejsce w zasadzie już przy początkowych rozdziałach), ciężko mi było się oderwać od czytania. Kreacja bohaterów na plus, bo każdy posiadał swoje unikalne cechy, a postacie, czy też ich zachowania wydawały się naturalne, pomimo tego, iż nie były do końca "normalne".
 
 
Paulina Hendel zaintrygowała mnie słowiańską mitologią, wokół której toczy się tak naprawdę cała akcja. Polowanie na potwory, przeróżne rodzaje demonów, sposoby ich uśmiercania, Żniwiarze i rola jaką odgrywają, to wszystko było niezwykle ciekawe, intrygujące i stanowiło strzał w dziesiątkę. Tematyka tej książki to coś wspaniałego, niezwykle oryginalnego i wciągającego. Chyba nie muszę dodawać, że jeżeli interesują Was słowiańskie wierzenia to Żniwiarz jest dla Was pozycją obowiązkową!
 
Sięgając po tę książkę nie spodziewałam się cudów, liczyłam na trochę rozrywki, na lekką i przyjemną lekturę, a dostałam niezwykle intrygującą powieść pełną demonów, z genialnym, mrocznym klimatem, ciekawymi bohaterami i niespodziewanym zwrotem na końcu. Przyznam się szczerze, że takiego zakończenia się nie spodziewałam, za co należy się kolejny plus. Jeśli miałabym przytoczyć jakiś minus to mogłabym wskazać na nieco powolne tempo akcji momentami, przez co podczas niektórych rozdziałów się troszkę nudziłam, ale klimat powieści wynagrodził mi te słabsze chwile.
 
 
Jestem przekonana, że jeśli tylko nadarzy się okazja, to bez większego zastanowienia sięgnę po drugi tom, bo bardzo chętnie poczytam co nowego wymyśliła autorka i jak potoczą się losy bohaterów. Żniwiarz przełamał moją niechęć do polskiej literatury i poskutkowało to tym, że ostatnio postanowiłam zabrać się za twórczość Remigiusza Mroza, co zaowocowało czterema jego powieściami na mojej półce. Jeśli macie ochotę na intrygującą, klimatyczną, mroczną i wciągającą historię, pełną słowiańskich demonów to z całego serca polecam Wam Żniwiarza i mam nadzieję, że podoba się Wam równie mocno jak mnie. Jeśli mieliście już styczność z tą historią to podzielcie się wrażeniami w komentarzach, bardzo chętnie poczytam o Waszych odczuciach na jej temat. :)

Udostępnij

poniedziałek, 13 lipca 2020

Kiedy oczekiwania są zbyt wysokie... | Gdyby ocean nosił twoje imię

Ludzie ależ ja byłam napalona na tę książkę! Mnóstwo pochlebnych opinii, fajna okładka, niebanalny tytuł, historia o rasizmie, nietolerancji... Poza tym to historia, w której główną bohaterką jest muzułmanka, więc ten fakt był dla mnie dodatkowym atutem, bo nigdy wcześniej nie miałam z takowymi postaciami styczności. Niestety w tym przypadku dosyć mocno się zawiodłam, bo uważam, że Gdyby ocean nosił twoje imię to dosyć przeciętna powieść.


Bycie inną nie musi oznaczać bycia gorszą. Ale świat nie jest idealny i Shirin naprawdę nie ma łatwego życia. Minęło kilkanaście miesięcy od głośnego zamachu z 11 września. To wyjątkowo burzliwy czas zwłaszcza dla szesnastoletniej muzułmanki, która nie zgadza się na to, co zgotował jej los.

Shirin doskonale wie, jak okropni mogą być ludzie. Jest zmęczona agresywnymi spojrzeniami, poniżającymi komentarzami, nawet przemocą fizyczną, które spotykają ją ze względu na hidżab. Z każdym dniem bardziej zamyka się w sobie i coraz silniej oddaje muzyce i tańcowi.

Wszystko jednak się zmienia, gdy na jej drodze staje Ocean James.

Jest pierwszą osobą, która chce poznać prawdziwą Shirin.

Ale czy dziewczyna jest gotowa, by komukolwiek zaufać?

Zwłaszcza komuś z tak odmiennego świata? 


Sam pomysł na fabułę, według mnie był niezwykle oryginalny - jeśli się mylę to mnie poprawcie, ale wydaje mi się, że na rynku niewiele jest młodzieżówek, w których spotykamy się z bohaterem, który jest muzułmaninem. Sirin to dosyć specyficzna postać, bo z jednej strony bardzo jej współczułam - dziewczyna dzień w dzień spotykała się z obelgami, wyzwiskami, nawet agresją, ale nie da się ukryć, że bywała trochę irytująca. Wszędzie dookoła widziała wrogów, nie otwierała się na ludzi, wręcz przeciwnie - izolowała się, nie chciała nikogo poznawać, żyła w przekonaniu że wszyscy są źli i... nie do końca podobała mi się jej postawa, poniekąd ją rozumiem, ale działała mi na nerwy ciągłym marudzeniem i postrzeganiem ludzi w tak negatywny sposób.


Zabierając się za czytanie tej pozycji liczyłam na to, że będzie to jedna z tych książek, o których dużo rozmyślasz i nawet po skończeniu nie może Ci wyjść z głowy tak łatwo. Tutaj niestety nie doczekałam się tego. Szczerze mówiąc od momentu, w którym ją skończyłam minęło może ze dwa tygodnie, a ja już niezbyt wiele z niej pamiętam. Nie wiem czy to kwestia tego, że mam ciulową pamięć, czy po prostu książka nie była warta tego aby ją zapamiętać na dłużej.

Wydaje mi się, że największy problem tej książki to główna bohaterka i sposób w jaki postrzega świat i ludzi dookoła niej. Drażniło mnie to, że często miała muchy w nosie, przyjmowała pozę "bez kija nie podchodź" i była negatywnie nastawiona w zasadzie do wszystkiego i wszystkich. Nie twierdzę, że tego nie rozumiem, bo dziewczynę spotkało naprawdę sporo okropności, ale czytanie ciągłego marudzenia po pewnym czasie doprowadzało do szału, tym bardziej, że historia pisana jest z perspektywy Shirin.


Zdaję sobie sprawę z tego, że ta recenzja będzie dosyć krótka, ale szczerze mówiąc nie wiem co jeszcze mogłabym dodać. Książka była mocno przeciętna, jest dużo lepszych młodzieżówek. Dosyć mocno się rozczarowałam, bo pomysł był naprawdę ciekawy - zabrakło dobrego poprowadzenia tej historii, a nie ma nic gorszego niż wysoko postawiona poprzeczka - im wyższe oczekiwania, tym większy zawód. Szkoda, ale gdyby każda książka była dobra, to świat byłby nudny... prawda?
Udostępnij

czwartek, 4 czerwca 2020

Kilka słów o tym dlaczego podobało mi się 365 dni

Gdyby nie film na stówę nie przeczytałabym tej książki. Nie tknęłabym jej kijem, bo od opinii jakie przeczytałam w internecie wywnioskowałam, że to gówno. Ale! Jakoś tak się złożyło, że pewnego lutowego wieczoru kompletnie nie było co robić, więc razem z narzeczonym i przyszłym szwagrem wybraliśmy się na ekranizację. Nie miałam absolutnie żadnych oczekiwań, chciałam po prostu jakoś zabić czas, no i dawno nie byłam w kinie, a tak się złożyło, że w moim małym mieście nic innego nie grali, więc brałam to co było. W ten oto sposób znalazłam się na sali kinowej bez wysokich oczekiwań, z chęcią spędzenia czasu nieco inaczej niż siedząc w domu. No i zaczęło się.

Naprawdę nie spodziewałam się, że ten film mi się spodoba. Nie jestem fanką polskich filmów, ale tutaj w zasadzie nawet nie bardzo dało się odczuć, że to polski film, ze względu na to, że większość dialogów była po angielsku, były napisy (co ogromnie lubię, naprawdę uwielbiam napisy w filmach i serialach), no i co najważniejsze - nie było głośnego tupania! (Już tłumaczę - otóż moim zdaniem w polskich filmach aktorzy zdecydowanie za głośno tupią, nie wiem czy to tylko jakieś moje dziwne spostrzeżenie, ale nic nie poradzę - takie mam odczucie). Na początku muszę zaznaczyć - uważam, że główna bohaterka była cholernie naiwna, głupia, ale mimo to... Oglądałam ten film z przyjemnością, co zdziwiło w sumie nie tylko mnie.

Po obejrzeniu filmu i stwierdzeniu, że był naprawdę niezły, zachciało mi się sięgnąć po książkę. No i tak się pięknie złożyło, że niedługo później na Dzień Kobiet dostałam calusieńką trylogię. Od razu zabrałam się za 365 dni i gdzieś w połowie książki zrobiłam sobie przerwę. Finalnie skończyłam ją dopiero kilka dni temu, więc jest to chyba pozycja, którą najdłużej czytałam (przynajmniej tak mi się wydaje). Po skończeniu książki stwierdzam, że film chyba bardziej mi się podobał, aczkolwiek papierowa wersja tejże historii wcale nie była taka zła. Wniosek jest jeden - nawet jeśli wszędzie dookoła Ciebie trąbią, że coś jest gównem, wcale nie oznacza, że, Ty również będziesz miał podobne zdanie. Grunt to próbować na własnej skórze i to tyczy się nie tylko książek, ale i całej reszty - filmów, seriali, jedzenia, picia... Chyba wiecie o co mi chodzi? ;)

Jak już zdążyłam zauważyć podczas oglądania filmu - Laura Biel jest głupiutką naiwną dziewczyną, a Massimo to kawał dupka. Jednak! Jednak coś w tym dupku mi się spodobało. Absolutnie nie jest to sposób w jaki traktował kobiety, ale wydaje mi się że autorka dosyć dobrze podkreśliła, że do niczego tych kobiet nie zmuszał. Z tego co wywnioskowałam wychodzi na to, że one same pchały mu się do łóżka i nawet w momencie gdy Massimo przeginał i wręcz krzywdził te kobiety, one w żaden sposób nie protestowały (proszę, poprawcie mnie jeśli się mylę). W żadnym wypadku nie popieram tego jak odnosił się w stosunku do tych kobiet, powiedzmy otwarcie, że wykorzystywał je do zaspokojenia swoich fantazji seksualnych, ale coś w tej postaci w jakiś niewyjaśniony nawet dla mnie sposób, przykuło moją uwagę.

Nie da się ukryć, że 365 dni to nie jest ambitna literatura, ale przecież nie wszystkie książki takie są. Czasem trzeba się trochę wyluzować i właśnie po to potrzebne są tego typu historie. Massimo to drań i nie neguję tego w żaden sposób, a Laura to głupiutka, lekkomyślna i naiwna istota, ale kurczę w ich historii było coś co mnie urzekło. Massimo to gość niebezpieczny, złowrogi, ale momentami był czuły i nawet delikatny. To postać, o której nie mam jeszcze do końca wyrobionego zdania i może to się zmieni jak już sięgnę po kolejne tomy. Jest to kontrowersyjny bohater, ale to czyni go w moim mniemaniu także wyjątkowym. O tej postaci można by dosyć długo dyskutować i wymieniać się poglądami odnośnie jego postawy i zachowania i właśnie to jest fajne. Lipińska wykreowała kogoś o kim można podyskutować, kogoś kto potrafi wywołać w ludziach naprawdę skrajne emocje. Za to cenię jej powieść. Kontrowersje wokół niej sprawiają, że to historia, o której dużo się mówi i według mnie to jest naprawdę fajne.

To co bardzo mi się podobało w filmie to ujęcia oraz muzyka. Właśnie te dwa czynniki sprawiły chyba, że ostatecznie bardziej spodobała mi się ekranizacja, niż książka. Oczywiście nie da się porządnie zrecenzować zarówno filmu jak i książki tego typu, bez wspomnienia o scenach erotycznych, których w tym przypadku było bardzo dużo. No cóż, umówmy się - to typowy erotyk, więc można się spodziewać pewnych scen. O ile w filmie nawet mi się one podobały (no może oprócz tej słynnej w samolocie), o tyle w książce już niekoniecznie. Nie mówię, że były tragicznie napisane, bo nie były, natomiast uważam że autorka trochę za bardzo poszalała w tym temacie i niektóre opisy budziły we mnie coś na kształt zniesmaczenia, ale nie wpłynęło to jakoś znacząco na mój odbiór tej pozycji. Uważam, że niektórych opisów autorka mogła nam oszczędzić. Bardzo możliwe, że moje zdanie na ten temat wynika z tego, iż był to chyba pierwszy typowy erotyk jaki miałam okazję czytać, ale planuję sięgać częściej po książki z tego gatunku, więc być może moje zdanie się zmieni za jakiś czas, jak będę już miała możliwość porównania tej pozycji, z innymi tego typu.

Teraz zbierzmy to wszystko do kupy.

365 dni to pozycja nie dla każdego, do tego typu książek trzeba mieć pewną dojrzałość, ale to chyba nic odkrywczego. Główna bohaterka jest naprawdę głupiutka, a główny bohater to postać cholernie specyficzna, budząca masę kontrowersji. Scen seksu jest tu naprawdę sporo, więc jeśli nie przepadacie za tego typu scenami to odpuście sobie tę książkę. Nie jest to powieść ambitna, powiedziałabym, że to typowy odmóżdżacz, ale i takie książki są potrzebne. Umówmy się - każdy potrzebuje jakiejś chwili wytchnienia, wyluzowania. Uważam, że film był lepszy niż książka, ale i ona jest warta uwagi. Jestem naprawdę zaskoczona faktem, że w gruncie rzeczy podobała mi się historia stworzona przez Blankę Lipińską i skłamałabym gdybym Wam napisała, że książka była gówniana, bo w moim odczuciu - nie była. Jestem bardzo ciekawa jakie jest Wasze zdanie o Massimo i o całej tej historii, bardzo chętnie poczytam Wasze komentarze na ten temat. Moim zdaniem bez wysokich oczekiwań śmiało można się zabrać za tę pozycję i w niedługim czasie planuję zagłębić się w dalsze losy Laury i Massima.
Udostępnij

czwartek, 28 maja 2020

Książka, dzięki której na nowo pokochałam czytanie | Słowik - Kristin Hannah

Dosyć długo zastanawiałam się jak mam zacząć. Od ostatniego wpisu minęło 1,5 roku, więc początkowo siadając przed komputerem patrzyłam na klawiaturę i nie wiedziałam co mam do Was napisać. Od kilku tygodni myślałam nad powrotem, ale miałam w głowie pustkę - nie miałam pomysłu na to jak powinnam zacząć. Co chwila nachodziły mnie myśli, że wyszłam z wprawy, że pisanie będzie mi sprawiało kłopot po tak długiej przerwie, ale pewnego deszczowego majowego dnia powiedziałam sobie w duchu "Klaudia skończ pierdzielić i zacznij pisać". W ten oto sposób znalazłam się tu gdzie jestem - przed monitorem mojego komputera, mając klawiaturę pod palcami. Chciałabym spróbować, ale nie wiem czy mi się to uda. Od 1,5 roku nie czytałam praktycznie nic. Sporadycznie sięgałam po jakieś książki i były to tytuły, które wcześniej już poznałam, ale chciałam je sobie przypomnieć. Wkręciłam się dzięki Słowikowi. Książka Kristin Hannah leżała na mojej półce bardzo długo. Kupiłam ją w Biedronce na jakiejś promocji. Tak się złożyło, że wpadła mi nie tak dawno w ręce i stwierdziłam, że może to jest ta przełomowa pozycja, ta która sprawi że na nowo wkręcę się w czytanie i będę mogła wrócić do książkowej sfery internetu. Dzisiejszy post będzie moją opinią na temat tej książki i mam nadzieję nowym początkiem bloga. Zapraszam serdecznie.


Dwie siostry, Isabelle i Vianne, dzieli wszystko: wiek, okoliczności, w jakich przyszło im dorastać, i doświadczenia. Kiedy w 1940 roku do Francji wkracza armia niemiecka, każda z nich rozpoczyna własną niebezpieczną drogę do przetrwania, miłości i wolności.

Zbuntowana Isabelle dołącza do ruchu oporu, nie zważając na śmiertelne niebezpieczeństwo, jakie ściąga na całą rodzinę. Opuszczona przez zmobilizowanego męża Vianne musi przyjąć do swego domu wroga. Cena za uratowanie własnego życia i dzieci z czasem staje się dramatycznie wysoka…

Znacie to uczucie kiedy bierzecie do ręki książkę i jakiś głosik w waszej głowie wręcz krzyczy do Was "To będzie dobre!"? Ja tak miałam przy tej pozycji. Leżała u mnie i leżała, miałam ją naprawdę długo, a jednak nigdy nie było okazji, albo chęci żeby się za nią zabrać. Nie do końca wiem co spowodowało u mnie taką nagłą chęć przeczytania Słowika, ale była to cholernie dobra decyzja. 

Książki o tematyce wojennej nie są dla każdego. Uważam, że trzeba dojrzeć do tego typu powieści - oczywiście nie mam tu na myśli wieku, a psychikę. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego jakie okropności działy się na świecie wcale nie tak dawno temu. Myślę, że w tym wszystkim najbardziej przytłaczający jest fakt, że wojna miała miejsce w gruncie rzeczy nie dawno. Zabierając się za książki o tematyce wojennej musimy być przygotowani na to, że nie będą to optymistyczne, zabawne pozycje, ale wręcz przeciwnie. Słowik to powieść, w której dobitnie ukazano ponurą, szarą, okrutną rzeczywistość. To historia o miłości, determinacji, przyjaźni, olbrzymiej odwadze, ale również o bestialstwie, brutalności, bezduszności nie tylko wobec dorosłych, ale również dzieci.


Dwie główne bohaterki z pozoru zupełnie się od siebie różnią. Isabelle jest buntowniczką, która nie boi się wyrażać swojego zdania głośno, jest pewna siebie, odważna, czasem lekkomyślna. Ta dziewczyna to istny ogień. Siostra Isabelle - Vianne nie lubi się wychylać. Jest osobą, która potrafi się podporządkować wobec panujących zasad. Może się wydawać uległa, lecz to tylko pozory. W głębi duszy podobnie jak siostra skrywa w sercu rewolucyjną iskrę, która w każdej chwili może przeistoczyć się w ogień.

Najlepszą rzeczą w tej powieść jest styl, sposób w jaki została napisana. Tematyka książki jest naprawdę bardzo trudna, bolesna, ale autorka w sposób niezwykle prosty i przejrzysty, ale zarazem dobitny i brutalny opisuje te wszystkie potworności. Słowik ma ponad 500 stron, ale uwierzcie mi - absolutnie tego nie czuć. To jedna z tych książek przez które po prostu się płynie, nie odczuwając ile kartek już się pochłonęło. Dzieje się tak za sprawą tego, że Słowik diabelnie wciąga. Gwarantuje wam, że jak już weźmiecie go do ręki to nie będzie Wam tak łatwo odłożyć tę powieść i oderwać się od niej. To jest rzecz, którą bardzo cenie w książkach, to coś co sprawia, że czytanie sprawiało mi tak wielka radość. Po półtorarocznej przerwie sięgniecie po Słowika było niezwykle dobrą decyzją, bo to jest książka, która przypomniała mi z jakiego powodu tak lubiłam czytać.


Oprócz brutalnych opisów, przedstawienia szarej, beznadziejnej, wręcz nieludzkiej rzeczywistości wojennej, autorka serwuje nam również wątek miłosny. Wielkie brawa za to, że nie był on wystawiony na pierwszy plan, to był niezwykle ciekawy zabieg, dzięki któremu Słowik nie był romansidłem, w którym gdzieś w tle przedstawiona jest wojna - było odwrotnie. To wojna była na pierwszym planie, a uczucia - choć niezwykle istotne - zostały wrzucone na dalszy plan. Były wątkiem pobocznym, dzięki któremu książka nabierała "smaczku" i pochłaniało się ją z jeszcze większą przyjemnością, bo czytelnik nie był "bombardowany" miłosnymi deklaracjami, czy uniesieniami bohaterów. Chwała Ci za to Kristin Hannah, wielkie brawa za stworzenie wspaniałej, wojennej powieści bez narzucania czytelnikowi miłosnych rozterek bohaterów.

Słowik to książka dla osób, które mają pojęcie o tym czym była wojna. To nie jest powieść dla każdego, trzeba do niej dojrzeć aby móc ja dobrze zrozumieć. To piękna, smutna, niezwykle ciekawa i wciągająca lektura, którą pochłoniecie i będziecie o niej rozmyślać jeszcze długo po skończeniu. To książka, która przypomniała mi za co ceniłam sobie czytanie. Jestem zachwycona tą historią, zachwycona bohaterami, wątkiem miłosnym, który był subtelnie wpleciony w fabułę, stylem pisania, emocjami, akcją... Cholernie warto ją poznać, wierzcie mi na słowo. ;)


Udostępnij
Designed by Blokotek. All rights reserved.