Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/10. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 stycznia 2022

Najbardziej kontrowersyjna książka jaką przeczytałam | Lolita, Vladimir Nabokov

Większość nałogowych czytelników kojarzy zapewne najsłynniejszą książkę Nabokova jaką jest Lolita. Jeśli ją kojarzycie to zapewne słyszeliście również o wielu kontrowersjach jakie ze sobą niesie. Jako, że jestem osobą, która od czasu do czasu lubi porozmawiać, poczytać, czy obejrzeć coś kontrowersyjnego, obok Lolity nie mogłam przejść obojętnie i w końcu zabrałam się za czytanie. 

Udostępnij

niedziela, 21 marca 2021

Pierwszy raz z Jakubem Małeckim, czyli o Rdzy słów kilka :)

O Jakubie Małeckim pewnie słyszeliście. Obecnie to jeden z najbardziej popularnych polskich autorów, dlatego nie mogłam dłużej ignorować faktu iż posiadam na swojej półce Rdzę, jego autorstwa i postanowiłam sprawdzić, czy twórczość pana Małeckiego zachwyci mnie tak jak zachwyca obecnie mnóstwo osób. Nie spodziewałam się tego co finalnie dostałam, dlatego też jeśli jesteście ciekawi mojej opinii o Rdzy, to serdecznie zapraszam do rozwinięcia tego posta. :)

Udostępnij

czwartek, 29 października 2020

Kilka słów o retellingu Pięknej i Bestii | Zaczytana i Bestia

Piękna i Bestia to jedna z moich ulubionych baśni, dlatego też lubię sięgać po historie, które są na niej oparte. Przy okazji przeglądania Taniej Książki, natknęłam się na najnowszą powieść Ashley Poston, wydaną w Polce, a mianowicie Zaczytaną i bestię. Opis tej książki wydał mi się trochę zbyt cukierkowy, ale fakt, iż jest to retelling wyżej wspomnianej Pięknej i Bestii, przekonał mnie do zabrania się za tę historię.

Rosie Thorne jest tylko zwykłą, skromną dziewczyną, która kocha czytać. Olbrzymią miłością darzy także "Starfield". Dzięki swoim pasją udaje jej się nie zwariować, chociaż ma przed sobą wiele trudnych wyborów i wciąż nie poradziła sobie ze śmiercią mamy. To właśnie ona zaraziła ją miłością do książek. Była jej wzorem, a teraz Rosie musi radzić sobie sama.

Świat dziewczyny przewraca się do góry nogami, kiedy na skutek przypadkowych działań niszczy drogocenną książkę. Jej karą okazuje się uprzątnięcie olbrzymiej, zakurzonej biblioteczki. Wydawać by się mogło, że to wymarzona kara dla miłośniczki literatury. Jest tylko jeden mały problem - nie jest tam sama. Dziewczyna odbywa karę w pobliżu jednej z najpopularniejszych sław Hollywood. Vance Reigns wkracza w jej życie niczym tornado. Chłopak okazuje się jednak niezwykle denerwujący oraz zapatrzony w siebie.

Gwiazda "Starfield" nigdy nie przejmowała się jutrem. Aktor wywołał niemały skandal, który skończył się jego przymusowym zamknięciem w miasteczku, gdzie dziennikarze nie mają do niego dostępu. Czy ta dwójka znajdzie wspólny język? A może początkowa nienawiść przerodzi się w miłość? Jedno jest pewne. Od historii tej dwójki nie da się oderwać.

 

Niezwykłą zaletą tej książki jest sposób w jaki została napisana. Styl autorki jest niezwykle lekki i przyjemny. Jako iż powieść Poston bazuje na Pięknej i Bestii, pojawiało się w niej sporo subtelnych odniesień do tej baśni. Bardzo mi się to podobało, bo nadawało uroku całej książce, a odkrywanie u głównych bohaterów cech, które posiadała Bella, czy też Bestia w oryginalnej wersji, było świetną zabawą.


Coś co wyróżnia tę pozycję na tle innych młodzieżówek to postać Quinn. Jest to postać niebinarna i po raz pierwszy odkąd zaczęłam swoja przygodę z czytaniem spotkałam się z niebinarnym bohaterem literackim. Ciekawy i oryginalny zabieg, aczkolwiek osobiście jakoś nie polubiłam Quinn. Podobnie zresztą miałam z Annie, najlepszą przyjaciółką głównej bohaterki. W tej powieści w zasadzie polubiłam tylko Rosie (bo Vance też mnie irytował - był zbyt gburowaty, samolubny i egoistyczny jak dla mnie, a jego późniejsza przemiana jakoś mnie nie przekonała).

Co do samej fabuły - było całkiem ciekawie, ale niestety raczej szybko zapomnę o tej książce. Prócz wyżej wspomnianej niebinarnej postaci, czyli Quinn, Zaczytana i Bestia nie miała w sobie nic oryginalnego, pojawiały się tutaj utarte już schematy, wątek romantyczny też mnie specjalnie nie zaintrygował (przypuszczam, że sporą zasługą w tym przypadku było to, że jak już wspomniałam - nie lubiłam się z Vancem) i gdyby nie lekkie i przyjemne pióro autorki, to obawiam się że wymęczyłabym tę powieść.


Osobiście uważam, że jest to książka idealna dla 15, czy 16 latków, ja chyba już troszkę wyrosłam z tego typu książek i być może to dlatego nie wywarła ona na mnie większego wrażenia. Nie twierdzę, że jest to powieść zła, bo nie jest, po prostu do mnie nie trafiła. Jestem przekonana, że młodszym czytelnikom powinna się spodobać. Styl pisania Ashley Poston jest prosty i przyjemny, a sama książka jest miłym czasoumilaczem, aczkolwiek pewnie dosyć szybko o niej zapomnę i raczej nie sięgnę po inne książki tej autorki. Jeśli czytaliście tę powieść, albo macie ją w planach to koniecznie dajcie mi znać w komentarzu. :)

Zaczytaną i Bestię oraz inne książki dla młodzieży znajdziecie na Taniej Książce :)

Udostępnij

wtorek, 28 lipca 2020

Przepełniona magią historia z męczącym wstępem | Królestwo dusz

Kiedy tylko dostałam paczkę (swoją drogą przepięknie zapakowaną za co bardzo dziękuję wydawnictwu), wprost nie mogłam się doczekać aż zacznę czytać Królestwo dusz. Fantastyczna okładka i ciekawy opis zachęcały do tego aby jak najszybciej zacząć tę historię, nic więc dziwnego że miałam wobec niej dosyć wysokie oczekiwania. Czy otrzymałam intrygującą opowieść jakiej się spodziewałam? I tak i nie.


Urodzona w rodzinie potężnych szamanów, szesnastoletnia Arrah zupełnie nie radzi sobie z magią, nie potrafi wróżyć z kości, nie umie przywoływać duchów przodków. Ku rozczarowaniu jej okrutnej matki, nie potrafi rzucić nawet najprostszej klątwy. 


Pewnego razu Arrah odkrywa, że jej matka kradnie dzieci, aby z pomocą czarnej magii stworzyć drugą, lepszą córkę. Kobieta planuje, że nowe, demoniczne dziecko obudzi Króla Demonów, którego nienasycone pragnienie dusz zniszczyło już niejedno królestwo. Tym razem, jeśli Król Demonów wróci, zniszczy wszystko na swojej drodze.



Zanim Arrah zdąży kogokolwiek ostrzec, jej matka więzi ją w klątwie milczenia. Aby powstrzymać matkę i demoniczną siostrę, której moc dorównuje nieśmiertelnym orishom, Arrah musi poświęcić resztę pozostałych lat życia. Każdy wykonany rytuał coraz bardziej zbliża ją do śmierci, ale dla Arrah najważniejsze jest, aby powstrzymać siostrę i Króla Demonów.



Wydaje mi się, że największym problemem tej historii był styl i język autorki. W zasadzie od samego początku zostaliśmy "wrzuceni" do świata wykreowanego przez Renę Barron, tyle, że niezbyt umiejętnie. Pojawiło się mnóstwo nowych słów, które przewijały się przez całą historię, niestety autorka nie pokusiła się o ich wyjaśnienie, przez co czytanie jej książki szło mi wyjątkowo ciężko, ponieważ w niektórych momentach nie wiedziałam o czym tak naprawdę czytam. Dobrym posunięciem byłoby wprowadzenie słowniczka na początku lub na końcu powieści, w którym zawarte byłyby nowe wyrazy oraz ich znaczenie, dzięki czemu czytelnik wiedziałby o czym tak naprawdę czyta. Po jakimś czasie domyśliłam się znaczenia niektórych słów z tym że na początku było naprawdę ciężko zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi.


Przebrniecie przez początkowe rozdziały zajęło mi dosyć sporo czasu, ale później zaczęło się robić ciekawie. Mniej więcej w połowie książki naprawdę się wciągnęłam i koniec końców historia nie była taka zła jak zapowiadała się po tych kilku pierwszych stronach. Co prawda kreacja bohaterów nie była bardzo powalająca, ale fabuła tej powieści jest całkiem intrygująca, poza tym Królestwo dusz ma w sobie coś co nie pozwala tej pozycji odłożyć. Jest w niej coś intrygującego i zachęcającego do lektury mimo tego, że jak już pisałam - początek nie jest obiecujący.

Królestwo dusz to idealny przykład na to, że nie należy się zniechęcać do książek po kilku pierwszych stronach, czy rozdziałach. Pomimo tego, że z początku męczyłam się przy czytaniu, szło mi to dosyć ciężko i mozolnie, a pierwsze rozdziały były chaotyczne, ciężkie do zrozumienia i nużące, to z czasem cała historia nabrała rozpędu i zaintrygowała mnie do tego stopnia, że im bliżej byłam końca, tym bardziej ciekawił mnie jej finał. Koniec końców nie jestem pewna jak ocenić tę historię, bo brak wytłumaczeń niektórych kwestii i znaczeń słów mocno popsuł całą powieść i negatywnie wpłynął na to jak ją postrzegam. Nie jest to książka bardzo dobra, ale nie jest również zła. W moim odczuciu jest to przeciętna historia, która rozkręca się wraz z biegiem wydarzeń i fanom fantastyki powinna się spodobać. Ja chyba jednak liczyłam na coś lepszego i trochę się zawiodłam.

Za egzemplarz dziękuje wydawnictwu Jaguar
Udostępnij

czwartek, 4 czerwca 2020

Kilka słów o tym dlaczego podobało mi się 365 dni

Gdyby nie film na stówę nie przeczytałabym tej książki. Nie tknęłabym jej kijem, bo od opinii jakie przeczytałam w internecie wywnioskowałam, że to gówno. Ale! Jakoś tak się złożyło, że pewnego lutowego wieczoru kompletnie nie było co robić, więc razem z narzeczonym i przyszłym szwagrem wybraliśmy się na ekranizację. Nie miałam absolutnie żadnych oczekiwań, chciałam po prostu jakoś zabić czas, no i dawno nie byłam w kinie, a tak się złożyło, że w moim małym mieście nic innego nie grali, więc brałam to co było. W ten oto sposób znalazłam się na sali kinowej bez wysokich oczekiwań, z chęcią spędzenia czasu nieco inaczej niż siedząc w domu. No i zaczęło się.

Naprawdę nie spodziewałam się, że ten film mi się spodoba. Nie jestem fanką polskich filmów, ale tutaj w zasadzie nawet nie bardzo dało się odczuć, że to polski film, ze względu na to, że większość dialogów była po angielsku, były napisy (co ogromnie lubię, naprawdę uwielbiam napisy w filmach i serialach), no i co najważniejsze - nie było głośnego tupania! (Już tłumaczę - otóż moim zdaniem w polskich filmach aktorzy zdecydowanie za głośno tupią, nie wiem czy to tylko jakieś moje dziwne spostrzeżenie, ale nic nie poradzę - takie mam odczucie). Na początku muszę zaznaczyć - uważam, że główna bohaterka była cholernie naiwna, głupia, ale mimo to... Oglądałam ten film z przyjemnością, co zdziwiło w sumie nie tylko mnie.

Po obejrzeniu filmu i stwierdzeniu, że był naprawdę niezły, zachciało mi się sięgnąć po książkę. No i tak się pięknie złożyło, że niedługo później na Dzień Kobiet dostałam calusieńką trylogię. Od razu zabrałam się za 365 dni i gdzieś w połowie książki zrobiłam sobie przerwę. Finalnie skończyłam ją dopiero kilka dni temu, więc jest to chyba pozycja, którą najdłużej czytałam (przynajmniej tak mi się wydaje). Po skończeniu książki stwierdzam, że film chyba bardziej mi się podobał, aczkolwiek papierowa wersja tejże historii wcale nie była taka zła. Wniosek jest jeden - nawet jeśli wszędzie dookoła Ciebie trąbią, że coś jest gównem, wcale nie oznacza, że, Ty również będziesz miał podobne zdanie. Grunt to próbować na własnej skórze i to tyczy się nie tylko książek, ale i całej reszty - filmów, seriali, jedzenia, picia... Chyba wiecie o co mi chodzi? ;)

Jak już zdążyłam zauważyć podczas oglądania filmu - Laura Biel jest głupiutką naiwną dziewczyną, a Massimo to kawał dupka. Jednak! Jednak coś w tym dupku mi się spodobało. Absolutnie nie jest to sposób w jaki traktował kobiety, ale wydaje mi się że autorka dosyć dobrze podkreśliła, że do niczego tych kobiet nie zmuszał. Z tego co wywnioskowałam wychodzi na to, że one same pchały mu się do łóżka i nawet w momencie gdy Massimo przeginał i wręcz krzywdził te kobiety, one w żaden sposób nie protestowały (proszę, poprawcie mnie jeśli się mylę). W żadnym wypadku nie popieram tego jak odnosił się w stosunku do tych kobiet, powiedzmy otwarcie, że wykorzystywał je do zaspokojenia swoich fantazji seksualnych, ale coś w tej postaci w jakiś niewyjaśniony nawet dla mnie sposób, przykuło moją uwagę.

Nie da się ukryć, że 365 dni to nie jest ambitna literatura, ale przecież nie wszystkie książki takie są. Czasem trzeba się trochę wyluzować i właśnie po to potrzebne są tego typu historie. Massimo to drań i nie neguję tego w żaden sposób, a Laura to głupiutka, lekkomyślna i naiwna istota, ale kurczę w ich historii było coś co mnie urzekło. Massimo to gość niebezpieczny, złowrogi, ale momentami był czuły i nawet delikatny. To postać, o której nie mam jeszcze do końca wyrobionego zdania i może to się zmieni jak już sięgnę po kolejne tomy. Jest to kontrowersyjny bohater, ale to czyni go w moim mniemaniu także wyjątkowym. O tej postaci można by dosyć długo dyskutować i wymieniać się poglądami odnośnie jego postawy i zachowania i właśnie to jest fajne. Lipińska wykreowała kogoś o kim można podyskutować, kogoś kto potrafi wywołać w ludziach naprawdę skrajne emocje. Za to cenię jej powieść. Kontrowersje wokół niej sprawiają, że to historia, o której dużo się mówi i według mnie to jest naprawdę fajne.

To co bardzo mi się podobało w filmie to ujęcia oraz muzyka. Właśnie te dwa czynniki sprawiły chyba, że ostatecznie bardziej spodobała mi się ekranizacja, niż książka. Oczywiście nie da się porządnie zrecenzować zarówno filmu jak i książki tego typu, bez wspomnienia o scenach erotycznych, których w tym przypadku było bardzo dużo. No cóż, umówmy się - to typowy erotyk, więc można się spodziewać pewnych scen. O ile w filmie nawet mi się one podobały (no może oprócz tej słynnej w samolocie), o tyle w książce już niekoniecznie. Nie mówię, że były tragicznie napisane, bo nie były, natomiast uważam że autorka trochę za bardzo poszalała w tym temacie i niektóre opisy budziły we mnie coś na kształt zniesmaczenia, ale nie wpłynęło to jakoś znacząco na mój odbiór tej pozycji. Uważam, że niektórych opisów autorka mogła nam oszczędzić. Bardzo możliwe, że moje zdanie na ten temat wynika z tego, iż był to chyba pierwszy typowy erotyk jaki miałam okazję czytać, ale planuję sięgać częściej po książki z tego gatunku, więc być może moje zdanie się zmieni za jakiś czas, jak będę już miała możliwość porównania tej pozycji, z innymi tego typu.

Teraz zbierzmy to wszystko do kupy.

365 dni to pozycja nie dla każdego, do tego typu książek trzeba mieć pewną dojrzałość, ale to chyba nic odkrywczego. Główna bohaterka jest naprawdę głupiutka, a główny bohater to postać cholernie specyficzna, budząca masę kontrowersji. Scen seksu jest tu naprawdę sporo, więc jeśli nie przepadacie za tego typu scenami to odpuście sobie tę książkę. Nie jest to powieść ambitna, powiedziałabym, że to typowy odmóżdżacz, ale i takie książki są potrzebne. Umówmy się - każdy potrzebuje jakiejś chwili wytchnienia, wyluzowania. Uważam, że film był lepszy niż książka, ale i ona jest warta uwagi. Jestem naprawdę zaskoczona faktem, że w gruncie rzeczy podobała mi się historia stworzona przez Blankę Lipińską i skłamałabym gdybym Wam napisała, że książka była gówniana, bo w moim odczuciu - nie była. Jestem bardzo ciekawa jakie jest Wasze zdanie o Massimo i o całej tej historii, bardzo chętnie poczytam Wasze komentarze na ten temat. Moim zdaniem bez wysokich oczekiwań śmiało można się zabrać za tę pozycję i w niedługim czasie planuję zagłębić się w dalsze losy Laury i Massima.
Udostępnij

wtorek, 23 października 2018

Roziskrzone noce - bajkowa historia z kiepskim wątkiem miłosnym...

Pierwsze skojarzenie jakie przyszło mi do głowy gdy zobaczyłam okładkę tej książki to seria Rywalki. Z racji tego, że historia Kiery Cass bardzo mi się podobała, to stwierdziłam, że bardzo chętnie sięgnę po Roziskrzone noce, które zapowiadały się podobnie. Powieść Beatrix Gurian wypadła niestety słabiej, a wątek miłosny to kompletna porażka....


Phila wraz z bratem i mama przeprowadza się do pałacu w Danii, gdzie mieszka nowy mąż jej mamy - hrabia Frederick. Dziewczyna niechętnie uczestniczy w przeprowadzce - nie chce opuszczać ukochanego Berlina i swoich przyjaciół. Już od pierwszych chwil spędzonych w pałacu, wydaje jej się, że coś jest z tym miejscem nie w porządku. Zaczyna widzieć bardzo dziwne rzeczy i stopniowo odkrywa tajemnice nowego domu. Poznaje przy tym Nielsa, w którym się zakochuje. Jakie tajemnice skrywa pałac? Czy uczucie rodzące się między Philą, a Nielsem ma prawo przetrwać?

Pierwsza rzecz jaka kojarzy mi się po przeczytaniu Roziskrzonych nocy z tą powieścią to bajkowy, ale jednocześnie dość dziwny klimat. Niektóre rzeczy jakie miały miejsce w tej historii, były dość mocno dziwaczne, co nie do końca mi się podobało, bo ciężko mi było sobie to wyobrazić. Uważam, że autorkę momentami nieco za bardzo ponosiła wyobraźnia, miałam wrażenie że chciała wywrzeć na czytelniku jak największe wrażenie, ale w moim odczuciu nie bardzo jej to wychodziło. Jednocześnie czuć było ten bajkowy klimat - wiecie - pałac, piękne suknie, wystawne bale... Coś magicznego, wspaniałego, o czym marzy niejedna dziewczynka... Urzekają mnie takie klimaty w powieściach, pobudzają moją wyobraźnię i przypominają dzieciństwo i disneyowskie filmy, dlatego ten element Roziskrzonych wypadł jak najbardziej na plus. :) Co do reszty....


W książce poznajemy Philę - główną bohaterkę, która niestety nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle innych bohaterek powieści młodzieżowych. Coś czuję, że dość szybko o niej zapomnę, zresztą z pozostałymi bohaterami sprawa ma się w sumie podobnie - nikt nie zapadł mi szczególnie w pamięć, postacie w tej historii są bardzo nijakie. Wątek miłosny jaki zaserwowała nam autorka niestety rozpoczął się w błyskawicznym tempie, czego nie lubię w książkach, drażni mnie jak bohaterowie po jednym, dwóch spotkaniach darzą się ogromnym uczuciem, od razu zaczynają ze sobą być i w ogóle tworzą szczęśliwy związek nie wiedząc o sobie właściwie nic.

W przeciwieństwie do wątku miłosnego, akcja rozgrywała się stopniowo, toczyła się swoim własnym, niezbyt szybkim tempem. Na wszystko przychodził czas w odpowiednim momencie, co było naprawdę fajne, bo jako czytelnik, mogłam stopniowo odkrywać z bohaterką kawałek po kawałku tajemnice pałacu i jego mieszkańców. Niestety nie wciągnęłam się w tę historię tak, jakbym tego chciała - była całkiem przyjemna, ale liczyłam na coś dużo lepszego i bardziej wciągającego - Roziskrzone noce czytałam w sumie tak od niechcenia, żeby zabić czas.


Na duży plus zasługuje uroczy, bajkowy klimat tej powieści i przyjemny styl autorki - Roziskrzone noce czytało mi się bardzo szybko, dzięki czemu idealnie nadają się na brzydkie, deszczowe, jesienne wieczory kiedy nie ma co robić. Jeśli jednak liczycie nas porywającą lekturę, podobną do Rywalek, z dużą ilością akcji i pełną zagadek to możecie się rozczarować. Jest to historia czasem nieco dziwna, w której wątek miłosny został wyjątkowo kiepsko poprowadzony, co dość mocno mnie irytowało i wpłynęło na niższą ocenę tej książki. Z nudów warto po nią sięgnąć, jednak nie jest to nic specjalnego. A szkoda - bo był potencjał, niestety nie wykorzystany do końca przez autorkę. :/

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Jaguar! :)

Udostępnij

wtorek, 9 października 2018

Dlaczego rozczarował mnie Okrutny książę?

Na tę książkę panuje istny szał ciał. Instagram jest pełen jej zdjęć, co chwila pojawiają się nowe recenzje na blogach, a większość ludzi bardzo wychwala tę pozycję. Tematyka elfów, z jaką właściwie nie miałam styczności, oraz piękna okładka dodatkowo zachęcały mnie aby przeczytać tę powieść. Liczyłam na magiczną historię, pełną przygód, z ciekawą fabułą i bohaterami. Wysoko postawiłam poprzeczkę i niestety... rozczarowałam się.


Jude wraz z siostrami w dzieciństwie są świadkami krwawej zbrodni - pewien mężczyzna (jak się okazuje elf) na ich oczach zabija im rodziców, a następnie porywa całą trójkę do zupełnie innego świata - do Krainy Elfów. Po dziesięciu latach od tamtego zdarzenia, dziewczęta wciąż żyją w Elysium i wychowują się pośród elfów. Nie są tam dobrze tratowane, zwłaszcza przez Cardana i jego paczkę, którzy uprzykrzają życie w szczególności Jude. Dziewczyna jednak nie ma zamiaru być traktowana jak popychadło i postanawia rzucić wyzwanie Cardanowi. Jak potoczą się ich losy? Jak wygląda świat elfów? Kto jest tym dobrym, a kto tym złym?

Na początku zapowiadało się bardzo ciekawie. Brutalne morderstwo, porwanie i życie w zupełnie obcym miejscu. Jednak im więcej stron było za mną, tym bardziej malał mój entuzjazm odnośnie tej książki. Elysium to piękna, bajkowa kraina, jednak miałam wrażenie, że w niektórych momentach autorka po prostu przesadziła i za bardzo pojechała po bandzie. Niektóre rzeczy jak na przykład jeżdżenie na żabie (xD) wydawały mi się mocno przerysowane i trochę... głupie. Nie mogłam sobie tego wyobrazić, mam wrażenie, że autorkę nieco ponosiła wyobraźnia momentami.


Kwestia bujnej wyobraźni autorki została już poruszona, teraz więc czas na fabułę. Powiem wam, że przez 3/4 książki po prostu się nudziłam. Nie czułam potrzeby dalszego poznawania losów bohaterów, ale z uporem przewracałam kartka, za kartką aby przekonać się, cze wydarzy się coś ciekawszego niż do tej pory. Końcówka książki była takim zwrotem akcji dla mnie, bo zaczęło się tam coś dziać, jednak większość czasu po prostu się nudziłam i szczerze mówiąc nie czytałam nawet dokładnie tej powieści, odpuszczałam sobie przydługie opisy.

Największą zaletą Okrutnego księcia jest... okładka. To zdecydowanie jedna z ładniej wydanych powieści w mojej biblioteczce, a kiedy rozpakowałam paczkę z tą pozycją przez kilka minut podziwiałam jej piękną okładkę i urocze rysunki nad każdym rozdziałem. Drugim plusem jest klimat - magiczny, bajkowy. Niestety pomimo tego fajnego klimatu, powieść pani Holly Black nie zrobiła na mnie wrażenia. Klimat to zbyt mało, jeśli nie ma ciekawej fabuły, interesujących bohaterów, czy też zwrotów akcji. Postacie w Okrutnym księciu były mi całkowicie obojętne, nie polubiłam jakoś bardzo nikogo, żaden z bohaterów nie zyskał sobie mojej większej sympatii, wszyscy byli mi po prostu obojętni.


Sięgając po tę powieść spodziewałam się rewelacyjnej, wciągającej historii w świecie elfów. Liczyłam na pełno intryg, złożonych bohaterów, świetnej przygody i niezapomnianej historii pełnej wrażeń. Niestety rozczarowałam się, po tylu zachwytach postawiłam tej powieści wysoko poprzeczkę, czułam w kościach, że to będzie bardzo dobre, jednak intuicja w tym przypadku mnie zawiodła. Może po prostu wyrosłam z tego typu historii, bo czytając Okrutnego księcia przez większą część książki się nudziłam i odliczałam strony do końca. Zakończenie było zdecydowanie najlepszą częścią tej powieści, ale to wciąż nie wystarczyło, żebym czuła się nią usatysfakcjonowana. Może drugi tom będzie lepszy? :)

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Jaguar! :)


Udostępnij

poniedziałek, 9 lipca 2018

Jak smakuje szczęście? | Kilka słów o Smaku szczęścia, Klaudii Kopiasz

Smak szczęścia to drugi tom cyklu autorstwa Klaudii Kopiasz, który opowiada o dalszych losach Mii oraz Willa. Jeśli jesteście ciekawi o czy warto po niego sięgnąć to zapraszam do dzisiejszej recenzji. A w razie gdybyście chcieli poczytać o pierwszym tomie, to zapraszam was tutaj. :)


!UWAGA NA SPOILERY!

Mia wraca do zdrowia. Kiedy dowiaduje się, że zawdzięcza życie Williamowi, pragnie kolejnego spotkania z ukochanym. Jednak nie wszystko układa się po jej myśli. Dziewczyna widzi Willa z inną kobietą. Postanawia raz na zawsze zapomnieć o wakacyjnej miłości i skupić się na nowym związku z kolegą z pracy.

Will nie może zapomnieć o Mii, która pozwoliła mu na nowo poczuć zapach i smak szczęścia na pięknej wyspie Zakynthos. Próbuje się z nią skontaktować, bo wie, że Mia nie jest jakąś tam zwykłą dziewczyną. Czy ta dwójka odnajdzie szczęście? Czy zasmakują szczęścia?

KONIEC SPOILERÓW :)


Pierwszy tom tego cyklu podobał mi się i uważam, że jest idealny na wakacyjne dni. Z drugim tomem jest natomiast mały problem. Nie zrozumcie mnie źle - Smak szczęścia to przyjemna książka, którą czyta się w błyskawicznym tempie, ale jednak czegoś mi w niej zabrakło. Bywały nawet momenty, w których akcja mnie nudziła, a dialogi wydawały się sztuczne przez co odkładałam tę książkę na półkę. Wszystko działo się tutaj bardzo szybko i mam wrażenie, że nawet trochę zbyt szybko.

Bohaterowie czasem denerwowali mnie swoim zachowaniem, inaczej ich odbierałam niż w pierwszej części. Wydaje mi się, że styl pisania pani Klaudii Kopiasz również uległ zmianie. Niestety była to zmiana na gorsze, ponieważ w przeciwieństwie do Zapachu szczęścia, tutaj bywały momenty, w których po prostu nudziła mnie fabuła i miałam ochotę jak najszybciej przerwać lekturę, a styl autorki troszkę mnie męczył i zamiast wyobrażać sobie sytuacje opisywane przez panią Kopiasz, myślałam o czymś zupełnie innym.


Jedną z najważniejszych zalet pierwszego tomu były opisy wyspy, które pozwalały czytelnikowi wczuć się w klimat powieści i poczuć się, jakby był uczestnikiem wydarzeń, oraz odpoczywał z bohaterami na tej urokliwej wyspie. Na szczęście w drugim tomie nie zabrakło takich opisów i mogłam sobie bardzo dokładnie wyobrazić opisywaną przez autorkę rzeczywistość i piękno miejsc, w których bywali bohaterowie. To zdecydowanie największy plus Smaku szczęścia. Klaudia Kopiasz potrafi bardzo dobrze oddać piękno krajobrazów i miejsc, w których rozgrywa się akcja jej powieści.

Smak szczęścia wypadł gorzej od poprzedniego tomu - bohaterowie mnie irytowali, styl autorki był gorszy niż w pierwszym tomie, ale klimat i umiejętności pani Klaudii do działania na wyobraźnię czytelnika pozostały takie same jak w Zapachu szczęścia. Jeśli jesteście ciekawi co nowego wydarzyło się w życiu bohaterów z poprzedniej części to zachęcam do sięgnięcia po Smak szczęścia, jednak musicie liczyć się z tym, że nie jest to zbyt udana kontynuacja i możecie się przy niej troszkę nudzić. Tom pierwszy był ciekawy i wciągający, a drugi niestety wypada słabo, dialogi są sztuczne, a zachowania bohaterów dziwne, irytujące i momentami infantylne. Jednak klimat powieści jest bardzo wakacyjny, więc jeśli szukacie jakiejś książki na najbliższe dni to możecie się rozejrzeć za pozycjami pani Kopiasz. Szkoda tylko, że drugi tom wypadł kiepsko, bo miał potencjał aby stać się ciekawą kontynuacją.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Pascal :)


Udostępnij

poniedziałek, 12 marca 2018

Przeciętniaczek... | Kształt wody, Guillermo del Toro, Daniel Kraus | opinia

Kształt wody to książka o niezwykłym uczuciu, brutalnych ludziach, mrocznej przeszłości pewnego bohatera, która mocno wpływa na jego psychikę oraz niemej woźnej, która odegra olbrzymią rolę w całej historii. Liczyłam na coś porywającego i zapadającego w pamięć, a dostałam... ciężki styl autora, ale piękną historię, która pewnie długo zostanie w mojej pamięci.

Kształt wody | Guillermo del Toro, Daniel Kraus | 5/10 | wyd. Zysk i S-ka

Elisa Esposito nie umie mówić. Kontaktuje się ze światem za pomocą języka migowego. Kobieta pracuje jako woźna w Occam - Ośrodku Badań Kosmicznych, gdzie trafia niespotykana istota: pół człowiek - pół ryba, znaleziona gdzieś w najdalszych zakamarkach Amazonii, która staje się najcenniejszym znaleziskiem ośrodka. Zdania co do tego stworzenia są podzielone - niektórzy z naukowców są nim zafascynowani, podczas gdy inni chcą go zabić, a następnie zbadać jego organizm. Nieoczekiwanie miedzy Elisą, a istotą nawiązuje się niezwykle głęboka więź. Tylko czy ta niesamowita relacja ma szansę się rozwinąć?

Kształt wody to powieść, która zaintrygowała mnie swoim opisem. Dziwne stworzenie, niema kobieta i rodzące się uczucie między nimi... Dość wysoko postawiłam poprzeczkę dla tej książki - liczyłam na rewelacyjną historię, ze zwrotami akcji, oraz ciekawą fabułą. Moje oczekiwania zostały poniekąd spełnione, bo historia była dość niezwykła, zapadająca w pamięć, ale styl autora był męczący i początkowo ciężko mi się czytało tę książkę, bo w sumie nic porywającego się nie działo. Na szczęście końcówka ratuje tę powieść i sprawia, że jestem w miarę usatysfakcjonowana lekturą.


Głównym wątkiem jest relacja głównej bohaterki i przedziwnej, niespotykanej istoty, która zostaje schwytana i przewieziona do ośrodka badawczego, gdzie zajmą się nią naukowcy. Jednym z nich jest Strickland - mężczyzna, który brał udział w ekspedycji do mrocznej Amazonii oraz złapał istotę. Jest to człowiek po wielu traumatycznych przejściach, a my jako czytelnicy możemy obserwować jego zachowanie, czytamy o tym co siedzi w jego głowie i jakie blizny pozostawiła w jego umyśle wyprawa. To człowiek bezwzględny, który zrobi wszystko byle tylko osiągnąć swój cel - nawet jeśli w grę wchodzi czyjeś życie. Jest podstępny i bezlitosny, roztacza wokół siebie aurę wyższości. Odegrał ważną rolę w całej powieści, to jeden z tych czarnych charakterów, którego próbujemy w jakiś sposób zrozumieć, przez ciężką przeszłość oraz zmiany na psychice jakie na nim odcisnęła. Podczas czytania scen z tym bohaterem masz ciarki na plecach i zastanawiasz się do czego jeszcze będzie się w stanie posunąć.


Uczucie jakie połączyło Elisę i schwytane stworzenie było relacją niezwykłą. Autor opisał je niezwykle dokładnie i szczegółowo. Czytając sceny z tą dwójką byłam zafascynowana, z ciekawością przewracałam kolejne strony byle tylko dowiedzieć się co będzie dalej i jak potoczą się ich losy. Jeśli chodzi o styl autora - z tym bywało różnie. Muszę przyznać, że niejeden raz zdarzyło mi się opuścić stronę, lub dwie, bo opisywane wydarzenia były po prostu nudne. Wolałam wczytywać się w historię Elisy, niż w przydługie i nieciekawe wątki drugoplanowe, które na dłuższą metę męczyły mnie i zniechęcały do dalszej lektury. Auotr pisze w sposób dokładny, ale dość ciężki, przez co czytanie wymagało sporego skupienia. Nie mogę też powiedzieć, że szybko skończyłam tę książkę, ponieważ jej czytanie zajęło mi tydzień, w którego trakcie zdarzało się, że w ogóle nie miałam ochoty na kontynuowanie lektury, ale czułam się zaintrygowana dalszymi losami głównej bohaterki, co sprawiało, że nie poddawałam się tak łatwo i z uporem czytałam dalej, omijając nudne fragmenty, a skupiając się na tych ciekawych.


No i końcówka - najlepsza część powieści. Przez trzy czwarte książki akcji było niezbyt wiele, czasem działo się coś bardziej porywającego, ale były to tylko krótkie epizody. Natomiast na końcu autor poszalał i przelał na te kilka ostatnich stron całą masę akcji. Oj, działo się tam naprawdę wiele. Nawet nie zauważyłam kiedy skończyłam czytać, końcowe rozdziały bardzo mnie pochłonęły. Naprawdę warto troszkę się pomęczyć i ponudzić na początku dla takiej niesamowitej końcówki. Myślę, że kiedyś obejrzę film żeby mieć porównanie i móc stwierdzić co jest lepsze. Kształt wody wywarł na mnie dość dobre wrażenie, dzięki relacji Elisy i istoty (nie mogę inaczej określić tego pół człowieka - pół ryby, bo w sumie w książce nie poznałam jego określonej nazwy), oraz ciekawej, pełnej akcji końcówki. Niestety dużym minusem jest ciężki styl jakim posługiwał się autor, co bardzo utrudniało czytanie. Historia Elisy Esposito na pewno zostanie w mojej pamięci, bo była oryginalna, ale zaliczam ją do przeciętniaczków, nie miała "tego czegoś". :)

Za egzemplarz dziękuję zazyjkultury.pl 

 
Udostępnij

czwartek, 15 lutego 2018

[PREMIEROWO] Nieskończone światy Jane, Kristin Cashore | opinia

Jeden dom. Nieskończenie wiele możliwości. Przed Wami Nieskończone światy Jane, książka specyficzna i oryginalna, która zawiera pięć alternatywnych zakończeń. Ciekawi?
Nieskończone światy Jane | Kristin Cashore | 5/10 | wyd. Jaguar

Osiemnastoletnia Jane, na zaproszenie swojej byłej korepetytorki, przybywa do posiadłości rodziny Trashów na coroczną galę. Dom, wypełniony po brzegi cennymi artefaktami i dziełami sztuki, jest kwintesencją luksusu, a przepych wylewa się zeń drzwiami i oknami. W pewnej chwili okazuje się, że dwa dzieła sztuki ‒ obraz Vermeera i rzeźbę Brancusiego ‒ skradziono. Zaczyna się poszukiwanie, a cała akcja jest uzależniona od decyzji podjętych przez Jane. W zależności od tego, którą decyzję bohaterka podejmie, jej losy (a także losy pozostałych bohaterów) potoczą się inaczej.


Bardzo dużo postaci


Przyznam szczerze, że bardzo ciężko było mi przebrnąć przez początek tej powieści. Wszystko przez to, że autorka wprowadziła do swojej książki bardzo dużo bohaterów, którymi "zarzuciła" nas właściwie już na samym początku. Nie mogłam się połapać kto był kim i jaką rolę odgrywał w opisywanej historii, co bardzo utrudniało mi czytanie i moje początki z tą książką wyglądały tak, że po prostu omijałam niektóre fragmenty i kontynuowałam czytanie kiedy zrobiło się ciekawiej.

Pięć różnych zakończeń 


Oprócz dużej ilości bohaterów, pani Cashore serwuje nam równie dużą dawkę akcji. Zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń wraz z główną bohaterką i razem z nią próbujemy rozwikłać liczne zagadki na jakie trafia podczas pobytu w rezydencji Trashów, obserwujemy też decyzje jakie podejmuje. Właśnie te decyzje są czymś co wyróżnia tę powieść na tle innych. Otóż pani Cashore wprowadziła do swojej książki wątek światów równoległych. Wygląda to tak, że mamy opowiedzianą historię z pięcioma alternatywnymi zakończeniami, w zależności od decyzji jakie podejmie główna bohaterka. Pierwszy raz spotkałam się z czymś takim w literaturze i spodobał mi się taki zabieg.


Nieskończone światy Jane to powieść, w którą ciężko się wciągnąć - na początku łatwo się pogubić w tym wszystkim, a mnogość postaci oraz dużo akcji sprawiała, że w niektórych momentach miałam ochotę zamknąć książkę i zająć się czymś innym niż czytanie. Jednak po ciężkim i dość nudnawym początku robi się ciekawiej i czytelnik bardziej wciąga się w lekturę. Postać głównej bohaterki intryguje, Jane to osoba o twardym charakterku, z nietypowym hobby jakim jest robienie parasolek. Polubiłam ją, ale niestety o innych bohaterach nie mogę zbyt wiele powiedzieć, gdyż było ich tak dużo, że po prostu zlewali mi się ze sobą i ciężko było mi rozróżnić kto był kim.

Przeciętniaczek...


Powieść Kristin Cashore nie należy do takich, które zmienią wasze życie, od których trudno wam się będzie oderwać i zapomnieć. Jest to książka specyficzna, za sprawą równoległych światów, których do tej pory nie spotkałam w literaturze. Myślę że ze względu na ten wątek warto się za nią rozejrzeć, aczkolwiek nie nastawiajcie się na coś specjalnego. Wydaje mi się, że szybko zapomnę o tej powieści, ale nie planuję do niej jeszcze raz wracać. Była po prostu przeciętna.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Jaguar
Udostępnij

wtorek, 23 maja 2017

Kłamca i szpieg - recenzja

Tytuł: Kłamca i szpieg
Autor: Rebecca Stead
Tom: 1
Cykl: -
Liczba stron: 208
Wydawnictwo: IUVI

Georges wprowadza się do nowego mieszkania (z czego nie jest zadowolony) i w sumie przez przypadek poznaje swojego rówieśnika z bloku - Safera. Safer jest dość skrytym dzieciakiem, pełnym tajemnic, oraz dziwnych zainteresowań. Georges natomiast jest dość cichym i spokojnym nastolatkiem, który ma swoje problemy i stara się nie wychylać i nie wychodzić poza utarte schematy. Razem z Saferem podejmują się misji śledzenia pewnego dziwnego człowieka z ich bloku, o przezwisku Iks. Jak będą wyglądały ich misje szpiegowskie? Jaką tajemnicę skrywa Safer oraz Iks?
Szczerze mówiąc to jak dostałam tę książkę w swoje ręce zdziwiłam się, że jest tak... cieniutka. xD Serio, jest bardzo cienka! :D W sumie to stwierdziłam, że spoko, bo na ogół nie lubię cienkich książek, ale teraz potrzebowałam czegoś krótkiego i relaksującego, opis brzmiał interesująco, więc byłam pozytywnie nastawiona do Kłamcy i szpiega. Poniekąd moje oczekiwania się spełniły, ale z drugiej strony...

... z drugiej strony trochę się zawiodłam. Czemu? Bo uważam, że ta cała akcja z Iksem i tak dalej rozwiązała się tak jakoś... dziwnie? Nie kupuję tego i trochę nie bardzo rozumiem po co to było. Poza tym książka skończyła się tak nagle i mam wrażenie, że końcówka została napisana tak trochę "na odczepnego". No nie podobała mi się i tyle. xD
Co do całej reszty - było miło, ale jednak jestem chyba za stara na takie historie, bo fabuła nie porwała mnie jakoś mocno, akcji również nie śledziłam z zapartym tchem - czytałam, żeby zabić czas i nudę - gdy tylko pojawiało się coś do roboty, nie miałam problemu aby przerwać czytanie w połowie (krótkiego) rozdziału. Do bohaterów również nie byłam przywiązania i byli mi oni w zasadzie obojętni.

Rozdziały w tej książce są naprawdę króciutkie, przez co czyta się je bardzo szybko. Ogólnie już  pomijając to, że książka jest cienka, została napisana przystępnym językiem i typowym dla młodzieżówek. Można się za nią zabrać kiedy - tak jak ja - nie macie co robić, albo wam się nudzi. W innym przypadku.. hmm możecie się troszkę rozczarować, tym bardziej jeśli tak jak ja - po opisie spodziewacie się czegoś lepszego. Myślę, że Kłamca i szpieg mógłby lepiej trafić do chłopaków tak w wieku 13-15 lat, starszym osobom może nie przypaść do gustu. Mogłam się troszkę zrelaksować podczas czytania, ale w sumie to tyle co dała mi ta książka, drugi raz do niej nie wrócę - zwykły przeciętniaczek. :)

Moja ocena: 5/10

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu IUVI
Udostępnij

poniedziałek, 8 maja 2017

Endgame. Wezwanie - recenzja


Tytuł: Endgame. Wezwanie
Autor: James Frey, Nils Johnson Shelton
Tom: 1
Cykl: Endgame
Liczba stron: 512
Wydawnictwo: SQN

Nadszedł czas. Katastrofy jedna po drugiej. Meteoryty uderzają w Ziemię - dokładnie 12 meteorytów, które niszczą oraz zabierają tysiące żyć. Tylko garstka wie co to tak naprawdę oznacza. 12 graczy z 12 klanów od tysięcy lat czekało na ten jeden moment. Szkoleni na prawdziwych zabójców, po to aby w czasie Gry zabijać i zwyciężać. Dla swojego klanu, dla swoich ludzi. Poznajcie Sarah Alopay - jedną z dwunastu Graczy, (nie)zwykła nastolatkę, która marzy o spokojnym i szczęśliwym życiu ze swoim chłopakiem - Christopherem. Powitajmy Chyioko - dziewczynę, która nie mówi, ale jest doskonałym szpiegiem. Albo takiego Jago - niebezpiecznego, lecz sympatycznego chłopaka. Każdy chce wygrać, ale zwycięzca może być tylko jeden. Gotowi? Rozpoczyna się Endgame...

Ta książka stała na mojej półce około dwa lata! Tak jest - dwa lata biedna stała i tylko oczekiwała, aż Klaudia weźmie ją do ręki i wreszcie przeczyta! Ta złota okładka nie przyciągała jej do czytania, wręcz przeciwnie - tak ją raziła po oczach, że aż schowała książkę do barku wraz z innymi trochę słabszymi powieściami. Wreszcie nadszedł ten moment - koniec czekania, Klaudia wzięła Endgame do ręki, przeczytała! I co? I lekka klapa.
Książka ta kusiła, miała być podobna do Igrzysk śmierci, które Klaudia baardzo lubi i czytała jakieś trzy/cztery razy. xD Aleee to żadne Igrzyska śmierci! Endgame to historia, z którą Klaudia męczyła się przez kilka godzin, przez nieciekawe opisy i dialogi, oraz nadmiar postaci, a zwłaszcza na samym początku. Endgame to historia, którą się czyta - tak dla zabicia czasu i w sumie po kilkudziesięciu stronach możesz się pogubić w natłoku tych zdarzeń, ale jednocześnie i nudzisz się podczas lektury i omijasz fragmenty książki.

To również historia 12 młodych ludzi, którzy chcieli (albo i nie) wykazać się w tej cholernie trudnej grze i wygrać! Niestety Klaudia nie bardzo wiedziała o co tak naprawdę toczy sie gra - jasne było powiedziane, że wygra jedna osoba, a wraz z nią cały jej klan i bedą mogli przetrwać, ale.... co? Co przetrwać? Czy nagle ma nadejść jakis niespodziewany koniec, albo zaraza która dotknie tych przegranych? Albo przeoczyłam jakiś wątek, w którym jest to objaśnione, albo po prostu tego nie było.

Dobra - poznaliśmy już jako tako zarys powieści, garstkę bohaterów, pogadaliśmy o tej złotej (niezbyt urodziwej) okładce, więc może by tak wspomnieć o zagadkach, których pełno w tej książce? Jest takie powiedzenie - co chatka to zagadka - w tym przypadku można powiedzieć - co rozdział to zagadka. Niestety - Klaudia nie rozumiała żadnej z tych zagadek i nie potrafiła też zrozumieć w jaki sposób zostały one rozwiązane przez bohaterów, co niezmiernie ją denerwowało. Wszystkie te zagadki miały doprowadzić Graczy do pewnego miejsca, w którym znajdowała się pewna ważna dla nich rzecz, więc były one potrzebne w fabule złotej książki, ale irytowały Klaudię tym, że nie mogła ich rozwiązać, ani zrozumieć... Do bani. :/
Endgame to niby cały czas jedna wielka akcja, ale i jednocześnie nuuuda. Ten złoty grubasek ma bardzo ciężki początek, w który naprawdę ciężko się wkręcić i który raczej odrzuca, niż zachęca do dalszej lektury, ale jeśli się przełamiecie, moi kochani czytelnicy, to może jako tako wytrwacie do końca. A skoro mowa o końcu... Koniec uratował ocenę tej książki. Był interesujący i zdarzyła się pewna nieoczekiwana przez Klaudie rzecz, przez co siedziała kilka minut z rozdziawioną buzią i stwierdziła WTF, po czym wróciła do czytania. xD Tylko po to, aby ostatnie kilka zdań znowu zrobiło się dziwne i tajemnicze i w sumie średnio zachęciło Klaudię do sięgnięcia po drugi tom.
 -----
Pasuje jakoś to ładnie podsumować, więc powiem krótko: Endgame to dziwna książka. Dziwna, pełna zagadek i akcji, która niby jest, a jednak wieje nudą. Na szczęście ostatnie 100 stron trzyma w napięciu i pojawia się jeden ogromny punkt zaskoczenia. Po dalsze tomy chyba nie sięgnę, bo nie czuje takiej potrzeby - tą część trochę wymęczyłam, ale udało się i jestem z siebie dumna! xD Jeśli jesteście ciekawi co ten złoty grubasek w sobie skrywa - śmiało, czytajcie! Ja jestem trochę rozczarowana i liczyłam na dużo, dużo więcej. Endgame było dla mnie po prostu dziwne. Bardzo dziwne, ale też nie najgorsze zwłaszcza przez koniec i ciekawą postać jaką był Jago oraz trochę też Sarah. Sami musicie stwierdzić czy chcecie przeczytać tą historię.

Moja ocena: 5/10
Udostępnij

wtorek, 7 marca 2017

Fangirl - recenzja

Tytuł: Fangirl
Autor: Rainbow Rowell
Tom: 1
Cykl: -
Liczba stron: 380
Wydawnictwo: Otwarte

Cath i Wren to siostry bliźniaczki. Obie kochają Simona Snowa czyli głównego bohatera pewnego cyklu książek, który jest czarodziejem. Jednak to Cath ma prawdziwą obsesje na jego punkcie. Jej ulubionym zajęciem i czymś co kocha jest pisanie fanfiction o tym młodym czarodzieju i o jego przyjacielu Bazie. Wren natomiast jest typową imprezowiczką, która każdy wolny weekend spędza w klubach, tańcząc i bawiąc się z przyjaciółmi. Do tej pory bliźniaczki miały wspólny pokój i nie rozstawały się na dłuższy czas. Teraz jednak nadszedł czas colleagu - Wren nie chce już mieszkać z Cath, więc ich drogi się rozchodzą. Czy Cath otworzy się na nowych ludzi i przestanie żyć w świecie fikcji? Nie będzie to jak się okazało, takie trudne za sprawą wiecznie rozgadanego Levi'ego, który stanie się dla dziewczyny kimś więcej.

Wcześniej było dość sporo szumu wokół tej pozycji. Zbierała ona naprawdę pozytywne opinie i czytając je mogłam odnieść wrażenie, że Cath to dziewczyna bardzo podobna do każdej zapalonej książkoholiczki - kocha czytać, ma swojego ukochanego bohatera, którego losy śledzi z zapartym tchem, pisze o tym faceciku fanfiki i ogólnie jest wieeelka jego fanką. Może to brzmieć znajomo dla niektórych z nas (pewnie nawet dla większości) przez co książka wydaje się warta przeczytania. Hmm nie dajcie się zwieść pozorom i opisowi. Ja Klaudia ogłaszam wam z ręka na sercu, że Fangirl wieje nudą, a Cath jest diabelnie denerwująca :D.

Jestem przeciwniczką nadmiernego korzystania z internetu i telefonu. Dziwne? Może, ale uważam że życie to coś więcej niż wpatrywanie się w ekran i ciągłe przeglądanie fejsa, strzelanie super słitfoci i robienie miliardów snapów. Ograniczam korzystanie z komputera do godziny dziennie i w sumie nie potrzeba mi więcej. Ostatnio coraz częściej spędzam na komputerze, telefonie nawet mniej niż tę godzinę. Dobrze mi z tym i zamierzam nawet kiedyś napisać osobny post o tym, więc koniec gadania - czas na konkrety. Bo po co ja to mówię? Otóż Cath - nasza super kreatywna i wcale nie irytująca (pff - taa jasne xD) główna bohaterka praktycznie nie widzi świata bez pisania nowych rozdziałów swojego fanfika przez kilka godzin dziennie. Oprócz tego... w sumie to chyba wszystko co robi dniami i nocami. Nie licząc szkoły oczywiście!  Kiedy wreszcie poznała naprawdę fajnego faceta, który interesuje się nią i bardzo ją lubi, zamiast spędzać z nim najwięcej czasu ile się da... zastanawiała się, w którym rozdziale Baz i Simon wreszcie wyznają sobie uczucie i jak to ładnie napisać. (mam ochotę tłuc głową w ścianę czytając takie coś xD). Cath to osoba nudna, żyjąca w świecie fikcji, zamknięta w sobie i kiedy wreszcie zaczęło się coś dziać miedzy nią a Levim - była o niego cholernie zazdrosna i wiecznie naburmuszona. Serio - walnijcie te babę. xD

Nie myślcie sobie, ze nudna główna bohaterka to tylko jedna wada tej książki. Niee - oprócz niej mamy tu jeszcze nudne rozdziały (tak do kompletu :D) z niepotrzebnymi opisami i fragmentami fanfiction Cath, które po prostu omijałam, bo wcale mnie nie ciekawiły, a wręcz przeciwnie - nie chciało mi się po prostu tego czytać. xD Ooo a propo naszej Cath - ta dziewczyna tak bardzo wkręciła się w życie Simona Snowa, że (spoiler)prawie olała szkołę dla niego (koniec spoileru). Jej siostra bliźniaczka była bardziej ogarnięta, ale jak na mój gust przerysowana i za bardzo się popisywała.

Teraz czas na plusy książki, żeby nie było, że tylko same minusy w tej recenzji się znajdą (aż tak krytyczna to ja nie jestem xDD). Po pierwsze - Levi, który był sympatycznym, troskliwym i zabawnym chłopakiem - aż chciałabym go bliżej poznać. Po drugie - książkę czyta się dość szybko, a styl autorki był całkiem znośny, ale momentami trochę zbyt młodzieżowy i miałam wrażenie że Rowell chciała aby wyszło jak najbardziej naturalnie, a odniosło to odwrotny efekt i wyszło dość sztucznie.

Podsumowując - nie polecam tej książki, bo uważam że nie wniesie ona nic nowego do naszego życia, główna bohaterka była okropna i marudna, a cała opowieść dość nudna. Jednak dla zabicia czasu, fajnego bohatera jakim był Levi oraz na wieczór kiedy nie macie kompletnie co robić, może się nadać. Nie nastawiajcie się jednak na porywającą historię, bo możecie się rozczarować. Ja niestety liczyłam na coś więcej i przeliczyłam się. Szału nie ma. :D

Moja ocena: 5/10
Udostępnij

czwartek, 5 maja 2016

Althea i Oliver - recenzja


Tytuł: Althea i Oliver
Autor: Cristina Moracho
Tom: 1
Cykl: -
Liczba stron: 397
Wydawnictwo: Feeria Young

Althea i Oliver już długo się przyjaźnią. Znają swoje sekrety, mocne i słabe strony, wiedzą co denerwuje lub śmieszy tego drugiego. Jednak ich życie nie jest sielanką. Oliver choruje na niezwykłą chorobę zwaną zespołem Kleinego-Levina, lub syndromem Śpiącej Królewny. Althea zaczyna czuć do chłopaka coś, co wykracza poza granice przyjaźni. Czy mimo przeciwności losu, ta dwójka ma szansę na to aby być razem?
Udostępnij
Designed by Blokotek. All rights reserved.